Po trzech latach związku przyszedł czas, aby wziąć ślub. Zdecydowaliśmy, że nie zorganizujemy hucznej uroczystości, tylko zaprosimy najbliższe osoby do naszego domu. Zrobię kilka sałatek, kupię wino i tyle. Ułożyłam listę gości z mojej strony, wysłałam zaproszenia i poprosiłam, aby mój partner zaprosił też kilka osób. Tylko on nie pamiętał, że nasz dom nie jest z gumy. W rezultacie z jego strony przyszło prawie 30 osób, a z mojej tylko 10.
Nie mieliśmy wystarczającej ilości krzeseł w domu. Goście jakoś usiedli na kanapie, nie było wystarczająco dużo powietrza do oddychania, a ja przypomniałam sobie, że jedzenie, które przygotowałam, nie wystarczy dla wszystkich. W pośpiechu ugotowałam coś jeszcze, ale podczas mojego zamieszania w kuchni, czas uciekał i okazało się, że całe moje „wesele” spędziłam w kuchni, krojąc sałatki dla gości.
Mój ukochany był zadowolony na koniec dnia, pochwalił mnie za całą pracę, ale to nie koniec. Teściowa, na drugi dzień po weselu, zdążyła narzekać mojemu mężowi, że jestem złą gospodynią, ponieważ goście zostali głodni, powinien znaleźć sobie lepszą żonę. Te słowa naprawdę mnie zasmuciły, a najgorsze, że mąż przyznał jej rację. Przyszedł do mnie później i powiedział, że teraz wstydzi się przed rodziną, bo nie potrafiłam ich dobrze ugościć.





