Zbliżał się dzień urodzin mojego syna. Jestem samotną matką, która rozwiodła się z mężem czterdzieści lat temu i sama wychowała trójkę dzieci. Matka-bohaterka! Ale dzieci dorosły i natychmiast rozeszły się: jedno założyło rodzinę, jedno znalazło pracę w innym mieście, nikt ze mną nie został. To jest normalne, takie jest życie, że dzieci przeprowadzają się z domu rodziców, tylko ja nie chciałam być sama.
Moje dzieci odwiedzały mnie czasami, ale ciągle czułam się samotna. Dopiero niedawno, wracając z ciężkimi torbami z zakupów do domu, spotkałam miłego mężczyznę, który pomógł mi przynieść torby do domu i został na herbatę. Jego żona zmarła wiele lat temu, współczułam mu, dlatego po kilku spotkaniach zaczęliśmy spędzać razem wolny czas, a po pewnym czasie staliśmy się oficjalnie parą.
Tylko ja wciąż wstydziłam się powiedzieć dzieciom prawdę. Zresztą, były tak zajęte swoimi sprawami… Ale pewnego dnia dowiedzieli się wszystkiego sami. Stało się to, gdy mój nowy adorator przyszedł do mojego domu. Po prostu spędzaliśmy razem czas, kiedy nagle weszły moje dzieci z wnukami, mówiąc „Niespodzianka”. Oczekiwałam, że dzieci będą zdziwione, ale zaakceptują nasz związek. Powinny się ucieszyć, że nie zostanę na starość sama, ale będę miała u boku mężczyznę w swoim wieku, z którym będzie mi raźniej. A skądże, nie dają mi żyć. Mówią, że on tylko czyha na mój majątek, a to nie jest prawda, bo sam ma dwa mieszkania i po co by mu był mój skromny dobytek?





