Urodziłam się i dorastałam na wsi. Od dzieciństwa mama nauczyła mnie dbać o czystość i porządek w domu. W moim pokoju na ścianie wisiała kartka – „Zasady czystości w pokoju”, w kuchni – „Zasady czystości w kuchni”. I tak w każdym pomieszczeniu. „Zasady” pisała moja mama, a ja ich przestrzegałam. Do dziesiątego roku życia nie mogłam znieść bałaganu, natychmiast wprowadzałam porządek…
Tuż przed ukończeniem studiów zaczęłam spotykać się z kolegą z roku, Adrianem. Po obronie magisterki oświadczył mi się a ja się zgodziłam.
Pierwsza wizyta w jego rodzinnym domu była dla mnie prawdziwym szokiem. Jak tylko weszliśmy do budynku, uderzył mnie nieprzyjemny zapach. W jednym kącie korytarza leżały buty, w drugim – sterta śmieci. To nie przypominało mieszkania, tylko jakiś garaż. W łazience była gruba warstwa nalotu na kranach, toaleta – brak słów. Same negatywne emocje. Następnie Adrian zaprowadził mnie do kuchni, gdzie w tłustym fartuchu jego matka coś gotowała. Przy stole nie mogłam nic zjeść. Zlew pełen brudnych naczyń, brudne ścierki… Wszystko to zabiło mi apetyt.
Po ślubie nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy zamieszkać w ich domu razem z rodzicami męża. Planowaliśmy jednak, że po roku przeniesiemy się do osobnego mieszkania.
Nie mogłam żyć w brudzie, więc zaczęłam aktywnie sprzątać dom. Ale jak mówią, inicjatywa jest karana. – Gdzie są garnki i patelnie?! Jak mam gotować? – oburzała się teściowa. Pokazałam jej, że wszystko jest tam, gdzie powinno być.
Ostatecznie zabronili mi sprzątać w kuchni. Od pół roku żyję w koszmarze, jeżeli chodzi o czystość. Udało mi się utrzymać w czystości tylko łazienkę i nasz pokój. Teraz wszystko tam błyszczy. W kuchni gotuję tylko w rękawicach.
Ale najgorsze jest to, że pracuję zdalnie i prawie nie wychodzę z mieszkania. Czekam na moment, kiedy wreszcie przeniesiemy się z Adrianem do naszego mieszkania, gdzie będę mogła wprowadzić porządek zgodnie z „Zasadami czystości…”.




