Z teściową przez wiele lat nie miałam żadnych zatargów. Być może wynikało to z tego, że od razu poszliśmy na swoje. Na początku było to wynajęte mieszkanie, malutka kawalerka. Z jednej strony, trudno to nazwać mieszkaniem, ale z drugiej mieliśmy dach nad głową i całkowitą niezależność. Rok po ślubie pojawiło się nasze pierwsze dziecko, zrobiło się nieco ciasno, ale po odpowiednim ustawieniu mebli zdołaliśmy wygospodarować kącik dla naszego synka. Gdy dwa lata później byłam w kolejnej ciąży, postanowiliśmy wziąć kredyt hipoteczny i kupić mieszkanie.
Nie był to mały wydatek, ponieważ ceny mieszkań w naszym mieście zawsze były bardzo wysokie, a my chcieliśmy, aby każde dziecko miało swój pokój. No i oczywiście my też chcieliśmy mieć swoje miejsce, swój azyl.Kredyt i dwójka dzieci to spory wydatek, dlatego gdy nasz młodszy syn skończył dwa lata, postanowiłam wrócić do pracy. Starszy syn poszedł do przedszkola, młodszy do żłobka.
Moja decyzja o powrocie do pracy była jak najbardziej słuszna, bo w ciągu ostatniego roku ceny wszystkiego drastycznie wzrosły. Pracujemy z mężem praktycznie od świtu do nocy.
Ale czego się nie robi, żeby zapewnić dzieciom dobre życie.
Tak naprawdę weekend to jedyne dni, kiedy możemy trochę pobyć z dziećmi i odpocząć. Zazwyczaj śpimy wtedy trochę dłużej, potem jest czas na zabawę z dziećmi i idziemy do kuchni, aby wspólnie przygotować śniadanie. Tak na luzie, w piżamach, przekomarzając się wesoło, spędzamy czas przy stole.
A raczej spędzaliśmy.
Otóż pewnego sobotniego ranka, gdy byliśmy jeszcze w łóżku, a dzieci jeszcze spały, ktoś zastukał do drzwi. Było naprawdę wcześnie i nikogo się nie spodziewaliśmy, więc powstrzymałam męża, który już wstawał, by otworzyć. Stukanie nie ustawało, nie było wyjścia, trzeba było wstać. Gdy otworzyłam drzwi, na progu zobaczyłam teściową.
– To wy jeszcze w łóżku? O tej porze? Jak wam nie wstyd tak się wylegiwać? – ominęła mnie i bezceremonialnie weszła do kuchni.
– Nie mogłam spać, więc przyszłam was odwiedzić. U was wszystko w porządku? Dzieci zdrowe? – pytała dalej.
– Tak, wszystko dobrze – odpowiedziałam, robiąc herbatę. Potem ukroiłam ciasto, postawiłam przed teściową i poszłam do łazienki się przebrać.
Gdy wróciłam, teściowa wymownie popatrzyła na płatki śniadaniowe.
– Macie zamiar to jeść – zapytała. – Ja to bym zjadła naleśniki z jabłkami – dodała.
I podczas gdy ona rozmawiała z moim mężem, ja smażyłam naleśniki.
No i tak to się zaczęło.
Od tamtej soboty teściowa wzięła sobie chyba za punkt honoru dopilnować, bym w sobotę zbytnio nie odpoczęła. Zjawia się skoro świt i od razu wydaje mi komendy. A to idź z dziećmi do parku, gdy ja zazwyczaj chodziłam po południu. A to jedź na targ po świeże warzywa, jakby nie można było kupić w zieleniaku. Nie tylko ja nie mogłam pozwolić sobie na sobotni luz, mąż też dostawał zlecenia. A to zawieź mnie tam, a to kup mi to, a to załatw mi coś. Widziałam, że on też ma dość. Przecież my naprawdę ciężko pracujemy i chcielibyśmy móc choć na jeden dzień pozwolić sobie na słodkie nic nierobienie.
Miarka przebrała się, gdy pewnej soboty teściowa przyjechała i przywiozła ze sobą dwa wiadra ogórków do przetworzenia. Ja wiem, że ona nie chciała źle, ale miałam tak ciężki tydzień w pracy, że chciałam tylko schować się, by nikt mnie nie zaczepiał. A tutaj trzeba było naszykować słoików, pójść do sklepu kupić chrzan, czosnek i koper, bo przecież wcześniej nie uprzedziła, że będzie potrzebny. Zrobiłam te ogórki, ale gdy teściowa wyszła, popłakałam się, nie tyle ze złości, co z bezsilności. Dzieci, ogórki, obiad, pranie, sprzątanie. Byłam na skraju załamania nerwowego. Mąż tego dnia wziął dodatkowe zlecenie. Gdy wrócił i zobaczył, w jakim jestem stanie, powiedział:
– Kocham i szanuję moją matkę, ale nie pozwolę, by doprowadzała cię do takiego stanu.
Nie wiem, jakich użył argumentów, ale zadziałało. Weekendy są znowu nasze i spędzamy je tak jak chcemy.




