Nauczycielka czerpała profity, z racji wykonywanego zawodu, ale w końcu jeden ojciec powiedział „dość”, przyszedł do szkoły i wszystko się zmieniło.

Ta historia wydarzyła się 10 lat temu, kiedy mój syn był w piątej klasie. Szkoła była zwykłą państwową szkołą podstawową. Ze względu na problemy zdrowotne, wychowawca klasy zrezygnował z pracy, a na jego miejsce przyszła dziewczyna, która właśnie ukończyła studia. Miała tylko 25 lat. Rodzice byli zaskoczeni tak młodą wychowawczynią: byli przyzwyczajeni do nauczycieli powyżej 35 roku życia. Ale nie ważne, ile miała lat, najważniejsza była miłość do dzieci. Początkowo wszystko było super, a dzieci uwielbiały nową panią. A później zaczęliśmy zauważać, że miała swoich ulubieńców, byli to uczniowie, którzy przynosili jej prezenty.

Rodzice i dzieci szybko zauważyli, że panią można przekupić. Zła ocena- nie ma problemu, drobny prezencik i zaraz w dzienniku pojawiała się 5. Z moim dzieckiem nie było żadnych problemów, czego nie można powiedzieć o synu koleżanki. Chłopak miał problemy z nauką, ale jego rodziców nie stać było na żadne prezenty. Mieli troje dzieci, pracował tylko ojciec, bo matka zajmowała się najmłodszym dzieckiem, które było bardzo chorowite. Większość pieniędzy szła na leczenie. Ojciec pracował od rana do wieczora, a matka większość czasu spędzała u lekarzy albo w szpitalu. Nie było nikogo, kto usiadłby z nim i wytłumaczył mu tą matematykę. Nie było prezentów dla nauczycielki, więc oceny były bardzo słabe.

Roszczeniowość nauczycielki przejawiała się w jeszcze jeden sposób. Organizowała bardzo dużo różnych wyjść, wyjazdów i wycieczek. Możecie zapytać, co w tym złego. To, że tych wyjazdów było naprawdę dużo, praktycznie w każdym miesiącu było 3 – 4 takie wyjścia, raz bliższe, raz dalsze. Wiadomo, że nauczyciele nie płacą za bilety i takie wyjazdy mają na koszt rodziców. To był główny powód tych częstych wycieczek, tylko że nie wszystkich było na nie stać.

Pewnego razu syn powiedział, że chcą jechać na wycieczkę do Zakopanego na 3 dni i zbierają pieniądze. Wycieczka miała kosztować około 700zł od osoby. Wszystkie dzieci były chętne, z wyjątkiem tego chłopca. Gdy nauczycielka zapytała, czy jedzie, odpowiedział, że nie jest pewien, czy dostanie tyle pieniędzy. Na co odpowiedziała: Trudno, nie będzie pieniędzy, to nie pojedziesz. Chłopiec był bardzo zdenerwowany i było mu bardzo przykro, całą przerwę przesiedział w łazience, płakał.

Wieczorem zadzwoniła do mnie mama chłopca i poprosiła o radę, co robić. Uspokoiłam jego matkę i powiedziałam, że postaram się pomóc, ale jej mąż miał już dość zachowania nauczycielki i powiedział, że tak tego nie zostawi.

Następnego dnia mężczyzna przyszedł do szkoły w towarzystwie swojego brata- policjanta. Zarówno dyrektorka, jak i wychowawczyni klasy, w milczeniu poszły za nimi. Wszyscy się bali. Nikt nie wie, jak potoczyło się spotkanie, ale po tej rozmowie nauczycielka zrezygnowała z wychowawstwa; uczyła ich tylko matematyki i sprawiedliwie oceniała swoich uczniów, a po zakończeniu roku szkolnego, sama opuściła szkołę.
To musiała być dla niej dobra lekcja.
W końcu nikt nie ma prawa wywierać presji na dzieci i rodziców.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nauczycielka czerpała profity, z racji wykonywanego zawodu, ale w końcu jeden ojciec powiedział „dość”, przyszedł do szkoły i wszystko się zmieniło.