Udało mi się zamienić moje hobby w całkiem dochodowy biznes. Robię lalki-szmacianki i sprzedaję je w moim sklepie internetowym. Biznes idzie całkiem dobrze, lalki cieszą się sporym zainteresowaniem, więc udaje mi się zarobić przyzwoitą sumę. Mam koleżankę, która pracuje jako organizatorka przyjęć dla dzieci. Któregoś dnia do mnie zadzwoniła i powiedziała: – Hej Beti, mam do ciebie prośbę. Nasza agencja prowadzi szereg akcji charytatywnych w domu dziecka dla dzieci niepełnosprawnych. W programie powinny być też zajęcia pokazowe, ale nic sensownego nie udało mi się wymyślić. Widzisz, dzieci tam nie biegają ani nie skaczą, więc aktywne zajęcia odpadają. Wtedy przypomniałam sobie o Tobie. Lalki są tym, czego potrzebujemy! Tylko powiem ci z góry, że to akcje charytatywne, więc to praca bez wynagrodzenia, jeśli odmówisz, nie obrażę się.
Oczywiście, zgodziłam się. Zaczęliśmy odwiedzać domy dziecka. Dużo tam widziałam i bardzo mi było żal tych wszystkich dzieci. Większość z nich miała bardzo tragiczne historie życiowe. Bycie niepełnosprawnym fizycznie i porzucenie przez rodziców jest okrutne.
Podczas jednej z wizyt, moją uwagę zwrócił pewien chłopiec na wózku inwalidzkim. Zamarłam, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Był taki sam jak mój mąż, dosłownie jak dwie krople wody. Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam opowiadać mężowi o tym chłopcu. Mąż słuchał, ale bez większego zaangażowania, ale gdy przypomniałam sobie i wymieniłam imię i nazwisko chłopca, aż podskoczył, a jego twarz zmieniła wyraz.
Następnego dnia zgodził się pojechać ze mną do domu dziecka. Kiedy wróciliśmy do domu, padł na kolana i błagał, żebyśmy adoptowali tego chłopca i wyznał mi wszystko.
Jeszcze zanim się poznaliśmy, miał dziewczynę o tym nazwisku. Nie wiedział jednak, że zaszła z nim w ciążę i urodziła chłopca. Oczywiście zgodziłam się i już następnego dnia ruszyliśmy z procedurą adopcyjną. Po dwóch miesiącach mogliśmy zabrać Mikołaja do domu. Po adopcji było nam naprawdę ciężko. Tylko matki dzieci niepełnosprawnych wiedzą, jak trudno jest z takimi dziećmi. Dużo wysiłku i pieniędzy wydaliśmy na rehabilitację, ale teraz, kiedy patrzę, jak nasz syn gra w piłkę nożną, wiem, że było warto.
Zobaczyłam w Domu Dziecka chłopca bardzo podobnego do mojego męża. Gdy opowiedziałam to mężowi i podałam nazwisko dziecka, mąż zbladł na miejscu. Dopiero po wizycie w sierocińcu, gdy sam zobaczył chłopca na własne oczy, opowiedział mi wszystko.



