Przyszedł do swojego siedemdziesiątego urodzin, mając na koncie troje dzieci. Jeden z nich to Piotr, drugi Michał, a córka Zuzanna. Żona, Maria, odeszła trzydzieści lat temu i od tego czasu mężczyzna, Jan Kowalski, nie poślubił się ponownie. Nie udało mu się, nie znalazł, po prostu nie miał szczęścia można by wymienić setkę przyczyn, ale po co rozprawiać się z tymi rozmyśleniami? Nie miał czasu.
Obaj chłopcy byli małymi huraganami ciągłe kłótnie i bijatyki. Jan co rusz przenosił ich z jednej szkoły do drugiej, aż w końcu trafił na nauczyciela fizyki, pana Grzegorza, który dostrzegł w nich niesamowity talent matematyczny. I nagle cisza, koniec bójek i kłótni.
Zuzanna także nie była łatwa. Trudno jej było nawiązywać kontakt z rówieśnikami, a szkolny psycholog już namawiał Jana, by zabrał ją do psychiatry. Wtem do klasy przyszedł nowy nauczyciel literatury, pan Bogdan, i otworzył koło dla początkujących pisarzy. Zuzanna wpadła w pióra z rana do nocy, a jej opowiadania najpierw pojawiały się w szkolnym Gazecie, później w regionalnych klubach literackich.
W skrócie chłopcy dostali stypendium na prestiżowy Uniwersytet Warszawski na wydział fizyki i matematyki, a Zuzanna wstąpiła na wydział literatury w Krakowie. Jan został sam. Zdał sobie sprawę, że wokół panował ciszy jak w lesie po wilczym wyciu. Zajął się wędkarstwem, ogrodnictwem i hodowlą świń. Miał podwórko przy rzece w okolicach Sandomierza, więc zarabiał przyzwoicie. Okazało się, że inżynier w fabryce zarabia mniej niż on przy domowej produkcji.
Mógł więc pomóc dzieciom: kupić im tanie, ale wciąż nowe auta, dorzucić na drobne wydatki i podreperować garderobę. I tak znowu miał mniej wolnego czasu niż przed laty. Całe dnie spędzał na gospodarstwie i małym handlu, ale to go satysfakcjonowało. Minęło kolejne dziesięć lat i zbliżał się jubileusz siedemdziesiątka. Chciał go uczcić w samotności
Chłopcy już mieli własne rodziny, ale pracowali nad jakimś tajnym projektem dla Ministerstwa Obrony, więc nie mogli wyjechać na weekend. Zuzanna ciągle podróżowała na sympozja literackie. Jan nie planował ich niepokoić zaproszeniem. Sam sobie zrobię, myślał. Nic tu nie ma do świętowania. Sam, sam Przejdę po gospodarstwie, a wieczorem z butelką wódki przypomnę sobie Marię i opowiem jej, jakie wyrośliśmy dzieci.
W dniu urodzin wstał wcześnie, by sprawdzić świnie specjalny przyrost w kładce przy rzece. Wyszedł na oświetloną jeszcze gwiazdami łąkę przed domem i natknął się na coś dziwnego pośrodku trawnika. Był to podłużny przedmiot owinięty w plandekę.
Co to jest? zdziwił się Jan, gdy nagle rozbłysły reflektory! Światło objęło łąkę, a zza rogu domu wyłoniły się postaci. To jego synowie z żonami i wnukami, kilka krewnych. Zuzanna przybiegła w towarzystwie wysokiego mężczyzny w okularach z grubymi szkłami. Wszyscy trzymali balony, dmuchali w słomki i przyciskali przyciski hałaśliwych pistoletów z sprężonym powietrzem. Krzyczeli, machali rękami i rzucali się na Jana:
Sto lat! Tato!
Jan prawie zapomniał o tajemniczym przedmiocie. Chociaż nie wiadomo, co przynieśli łobuziaki, nie pozwolili mu wrócić do domu, gdzie żony już wpadłyby do stołu z jedzeniem.
Stań, tato, stań rzekła Zuzanna pozwól, że zawiążę ci oczy?
No dobra zgodził się Jan. Zuzanna zawiązała mu na potylicy mocną szmatę i zakręciła kilka razy, prowadząc go w ciemność.
Co jeszcze wymyśliliście? pytał.
Prezent dla ciebie odparł Piotr.
Mam nadzieję, że nie jest drogi? zmartwił się Jan. Nie potrzebuję niczego.
Spokojnie, tato wtrącił Michał. Tylko mała, tania bajerka, gest pamięci.
Zabrali go do czegoś, a Zuzanna zdjęła opaskę. Z głośników rozległa się muzyka, bębn rozbrzmiał jak w knajpie na Starym Mieście. Dzieci podbiegły z trzech stron i zerwały plandekę.
W jasnym świetle reflektorów ukazał się Polski Fiat 125p w lśniącej farbie! Jan prawie padł z wstrząsu i ledwo nie ugrzązł w ziemi, ale ktoś podniósł go i wstawiał na krzesło.
O Boże, Boże, Boże powtarzał.
Zuzanna spryskiwała go wodą: Spokojnie, tato, cały życie marzyłeś o tym aucie.
Ale to przecież ogromny wydatek jęknął.
Nie droższy niż złote wtrącił Piotr.
Chodźcie kontynuowała Zuzanna. Siadaj w siedzeniu, chcemy zrobić zdjęcia.
Jan otworzył drzwi, ale wewnątrz stała kartonowa skrzynka.
Co to? zapytał.
Otwórz poleciła Zuzanna.
Wyciągnął pudełko, otworzył je i zobaczył dwa oczy skierowane w dół. W środku leżało małe, puchate ciałko.
Prawdziwy kotek! Ten sam, co miał w domu nasza mama. Pamiętacie? Bąbelek. Kiedy byliście mali, tak go kochaliście
Oczywiście, tato odpowiedzieli dzieci.
Jan nie usiadł w samochodzie. Poszedł na górę, na drugi piętro, do swojego pokoju, gdzie pokazał zdjęcie Marii kotu. Łzy płynęły po policzkach:
Widzisz, Marto, widzisz? pytał do fotografii. Udało się. Nic nie zapomnieli Widzisz?
Dzieci nie pozwoliły mu długo siedzieć w samotności. Stół w salonie już czekał, a toast po toaście rozbrzmiewały.
Zuzanna szepnęła mu na ucho, że jest w czartym miesiącu ciąży i przyjechali z narzeczonym na odwiedziny. Została na stałe, bo praca nad nową powieścią mogła odbywać się wszędzie, a on jej narzeczony pojeżdżał do rodziców w Nowej Anglii, a za dwa tygodnie planowali ślub w kościele w Łodzi.
Nie masz nic przeciwnego, tato? zapytała.
To chyba sen z bajki odparł Jan i pocałował ją w czoło.
Dzień minął przy gawędach, przekąskach, kieliszkach i wspomnieniach. Wszyscy świetnie się bawili. Wieczorem Jan poszedł do grobu Marii, usiadł i długo rozmawiał z nią, jakby była obok. Życie nabierało nowego sensu, zwłaszcza z taką maszyną. Trzeba było kupić odzież z tamtych lat, wsiąść i pojechać do pobliskiego dużego miasta.
Na łóżku spał mały, tajski kociak.
Tomu, powiedział mężczyzna, powtarzając: Tomu.
Tomu mruczał i rozciągał się na cały swój jeszcze malutki wzrost. Jan pogładzał ciepły futrzasty brzuszek i zasnął.
Rankiem trzeba było wstać wcześnie: karmić świnie, dbać o ogródek, a wędkarstwo nie odpuszczać. W dolnym pokoju spali Zuzanna z narzeczonym. Rano chłopcy z rodzinami wyjechali, i znów zapanowała cisza. Tomu podążał za swoim panem, wpadł do karmnika dla świń i zaplątał się w sieci na łodzi, po czym próbował zjeść przynętę dla ryb. Jan śmiał się i rozmawiał z małym łobuzem:
Jakoś młodość wróciła, rzekł i pogłaskał go po grzbiecie.
Tomu zadziorczył i zahaczył małymi ząbkami o rękę.
A ty, bandytie! wykrzyknął Jan, roześmiany
Ten opowieść nie ma wielkiego przesłania. To po prostu przypomnienie dla tych, którzy jeszcze mogą odwiedzić swoich rodziców: nie czekajcie na jutro. Jedźcie już dziś!

