Przed przeprowadzką myślałam, że z Robertem będziemy dzielić domowe obowiązki po równo. Byłam przekonana, że tak będzie, przy okazji, powiedziałam o tym Robertowi. Wzruszył ramionami, a potem zgodził się, prawdopodobnie nie do końca rozumiejąc, na co przytakuje.
Mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu, oboje pracujemy, ale nie mamy jeszcze dzieci. Czuję, że nie jestem gotowa na taki ciężar. Dopiero co skończyliśmy przeprowadzkę, muszę przyzwyczaić się do codziennej rutyny.
I, jak się okazało, dobrze, że nie spieszymy się z planowaniem potomstwa. Okazało się, że mój Robert nie daje rady z domowymi obowiązkami! Nie tylko nie potrafi zrobić niczego, ale też nie ma chęci się nauczyć. Umie jedynie kupić produkty i wymienić żarówkę, kiedy stara się przepala. Na tym kończą się jego umiejętności.
Nawet w weekendy nie chce mi pomóc w kuchni. Nie oczekuję, żeby sam gotował wszystkie posiłki. Chciałabym tylko, żeby pokroił warzywa, posprzątał podłogę czy przetarł stół. To są podstawy, to nawet nie jest ciężka praca.
Oczywiście łatwiej jest przełączać kanały na telewizorze i przekręcać się na sofie, a przy tym sto razy zapytać, czy obiad jest już gotowy.
Może zaakceptowałabym to, gdyby nie dodatkowo jego humory. Nie podoba mu się to jak gotuję albo to jak układam rzeczy w szafie. Jest przyzwyczajony do tego, jak wszystko robiła jego mama, a teraz żąda tego samego ode mnie. A sam nie potrafi nawet wyprasować własnej koszuli.
Dopiero teraz zrozumiałam, jak ważne jest, aby najpierw dobrze poznać daną osobę, a potem zamieszkać z nią pod jednym dachem. Lepiej jest odkryć wszystkie plusy i minusy, zanim zaczniemy wspólne życie.
Postanowiłam porozmawiać z mamą Roberta. Mają dobrą relację, myślałam, że porozmawia z synem i przekona go do pomocy w codziennych obowiązkach.
Jej odpowiedź mnie zaskoczyła.
– Po co mu dziewczyna, skoro będzie robić wszystko sam?
A przecież ja również pracuję i przynoszę pieniądze do domu, więc dlaczego miałabym robić wszystko sama po pracy? Nikt nie pyta mnie, czy chcę to robić, czy nie. Wiem, że życie jest fajne, kiedy wszystko jest podane na tacy, ale do tego trzeba urodzić się milionerem.
Dlatego pokłóciliśmy się. Przez długi czas nie rozmawialiśmy, bo każde z nas uważa, że ma rację.
Potem Robert przeprosił. Powiedział nawet, że ma dla mnie niespodziankę. Wyobrażałam sobie różne prezenty, ale w końcu Robert kupił zmywarkę i uznał, że to jest to, czego oczekuję od niego. Zamiast podziękować, zapytałam go, dlaczego myślał, że potrzebujemy zmywarki. I wiecie co? Znowu się obraził.
A teraz moja przyszła teściowa wtrąca się w nasze sprawy. I oczywiście ja jestem temu winna. Do tej pory byłam cierpliwa i milczałam, ale czuję, że moja cierpliwość wkrótce się skończy. Myślę, że dokonałam złego wyboru.
Co byście mi doradzili?



