Wszystko zaczęło się, gdy nasz dziadek, zawsze z uśmiechem na twarzy, wydawał pół swojej emerytury na loterie. Każdego miesiąca kupował losy z obstawionymi numerami, niezrażony brakiem wygranej. My, czworo wnuków, często patrzyliśmy na niego z niedowierzaniem. Nasze rodziny śmiały się, twierdząc, że marnuje swoje pieniądze. Dziadek zawsze żył skromnie, oszczędzał na wszystkim – od jedzenia po ubrania, a nawet na lekach. Wszystko po to, by móc grać w loteriach.
Rodzice załamywali ręce, mówiąc, że mógłby odłożyć te pieniądze dla nas, zamiast wydawać je na losy. Mimo to, dziadek nigdy nie przestał grać. Nawet kiedy starość uniemożliwiła mu samodzielne wychodzenie z domu, wysyłał sąsiada w swoim imieniu.
My jako wnuki, nigdy nie otrzymaliśmy od dziadka żadnych prezentów. Szczerze, nie lubiliśmy go nawet, mieliśmy go za skąpca. Zazdrościliśmy naszym kolegom, że dostają od dziadków zabawki i często zaskórniaki z przy każdych odwiedzinach, a my nie mamy na co liczyć. Dziadek oczywiście był miły i rozmowny, z chęcią się z nami bawił, uczył nas tabliczki mnożenia i liczenia.
Zawsze podkreślał, że nie chce hucznego pogrzebu.
– Wybierzcie najtańszy pomnik – mówił. – Nie marnujcie pieniędzy na mój grób.
Po śmierci dziadka, nie spodziewaliśmy się wiele. Byliśmy pewni, że roztrwonił wszystko, co miał. Ale to, co odkryliśmy, zapadło nam w pamięć na zawsze. Dziadek przepisał w testamencie dwóm starszym wnukom mieszkania w centrum Warszawy. A my, dwaj młodsi, otrzymaliśmy fundusze na studia – po pięćdziesiąt tysięcy dla każdego z nas.
Byliśmy w szoku. Czyżby dziadek dorobił się na tych loteriach? Ale dlaczego nikomu o tym nie powiedział?
Szukaliśmy długo odpowiedzi. Rozmawialiśmy nawet z jego sąsiadem. Byliśmy przekonani, że ktoś musiał wiedzieć. Przecież niewielu emerytów stać na zakup dwóch mieszkań, zwłaszcza w stolicy.




