Wspólna kuchnia i leniwa synowa

Wspólna kuchnia i leniwa synowa

Mieszkamy z Dominikiem w jego domu – no, może nie do końca jego. Oprócz nas żyją tu jeszcze jego młodszy brat Krzysztof i jego żona Jadwiga. Mamy jedną wspólną kuchnię, zakupy robimy razem, gotujemy na zmianę, a rachunki podzieliliśmy po połowie. Brzmi jak idealna komuna, prawda? Tylko że Jadwiga, nasza droga synowa, najwyraźniej uznała, że gospodarstwo domowe to nie jej sprawa. Ani łyżki nie umyje, ani ziemniaków nie obierze, a ja już jestem o krok od wręczenia jej miotły i powiedzenia: „Witaj w prawdziwym świecie!” Ale na razie się powstrzymuję, choć moja cierpliwość topnieje szybcie, niż masło na patelni.

Dom odziedziczyli Dominik i Krzysztof po rodzicach, a kiedy wzięliśmy ślub, postanowiliśmy mieszkać razem – taniej, a i dom jest duży, miejsca wystarczy. Nie miałam nic przeciwko: Krzysztof to spokojny facet, pracuje w warsztacie samochodowym, w domu prawie go nie ma. Ale Jadwiga… Och, z nią sprawa jest bardziej skomplikowana. Kiedy tylko pobrali się z Krzysztofem, myślałam, że po prostu się wstydzi, nie chce się wtrącać. Minęło pół roku, i zrozumiałam: to nie wstyd. Jadwiga po prostu jest mistrzynią w unikaniu jakiejkolwiek pracy. Potrafi godzinami siedzieć w swoim pokoju, przeglądać telefon albo malować paznokcie, gdy ja w kuchni przygotowuję obiad dla czterech osób.

Nasz system jest prosty: zakupy robimy wspólnie, gotujemy na zmianę. Ja z Dominikiem bierzemy połynę tygodnia, Krzysztof czasem usmaży mięso albo zrobi swoje słynne kanapki, a Jadwiga… Cóż, jej kolej to zamówienie pizzy lub postawienie na stole jogurtu z napisem „obiad gotowy”. I jeszcze gdyby tylko nie lubiła gotować, ale ona nawet nie myje za sobą naczyń! Pewnego razu policzyłam: w ciągu tygodnia zmywam stertę talerzy, z czego połowa to jej kubki po niedopitej kawie. A kiedy proszę ją, żeby posprzątała, patrzy na mnie jak na kosmita i mówi: „Oj, Kinga, zapomniałam, zrobię to jutro”. Jutro? To jutro nigdy nie nadchodzi!

Próbowałam rozmawiać z Dominikiem. „Domi – mówię – twoja synowa traktuje nas jak służbę. Może Krzysztof z nią pogada?” Dominik tylko się śmieje: „Kinga, nie dramatyzuj, Jadzia po prostu nie przywykła do domowych obowiązków. Jest z miasta, mama wszystko za robiła”. Z miasta? A ja niby z chłopskiej chaty uciekłam? Też w mieście dorastałam, ale to nie przeszkadza mi obierać ziemniaków czy zamiatać podłogę. Krzysztof, kiedy mu delikatnie zasugerowałam, wzruszył ramionami: „Jadzia jest jaka jest. Nie chce gotować – nie zmuszaj”. Nie zmuszać? A kto wtedy nakarmi tę gromadę, jeśli ja też zacznę „nie chcieć”?

Kilka dni temu zdarzyła się rzecz, która mnie dobiła. Przyrządziłam bigos – prawdziwy, z kiełbasą, taki jak Dominik lubi. Stałam przy garnku dwie godziny, nakryłam do stołu, wołam wszystkich. Jadwiga schodzi, nakłada sobie pełny talerz i rzuca: „Kinga, a co to za kwaśny bigos? Powinnaś dać więcej śliwek”. Omal nie upuściłam widelca. Kwaśny? To ja spędziłam dwie godziny przy kuchni, żeby usłyszeć, że mój bigos jest „nie taki”? A ona nawet „dziękuję” nie powiedziała, zrobiła swoje i wyszła, zostawiając talerz na stole. Wtedy już nie wytrzymałam: „Jadwiga, jak nie smakuje, to gotuj sama”. A ona tylko prychnęła: „No ale ja nie umiem, Kinga, ty robisz to lepiej”. Lepiej? Czyli od dziś jestem oficjalnie szefową kuchni w tym domu?

Zaczęłam myśleć, co z tym zrobić. Pierwszy pomysł – strajk. Przestać gotować, sprzątać, robić zakupy. Zobaczymy, jak Jadwiga zatęskni, gdy w lodówce zostanie tylko jej jogurt. Ale wiem, że Dominik i Krzysztof zaczną marudzić, a ja nie chcę kłócić się z mężem przez nią. Drugi wariant – rozmowa w cztery oczy. Powiedzieć: „Jadziu, to nie hotel, albo pomagasz, albo jadasz na mieście”. Ale boję się, że znów udawała, że nie rozumie, albo zacznie płakać przed Krzysztofem, a on obciążW końcu któregoś wieczoru, gdy znów zostawiła po sobie stertę brudnych naczyń, wzięłam głęboki oddech i postawiłam przed nią wiaderko z wodą i gąbką, patrząc jej prosto w oczy bez słowa.

Oceń artykuł
TwojaCena
Wspólna kuchnia i leniwa synowa