Ręce mi drżały, gdy sięgałem po kolejny worek cementu, a koszula przyklejała się do pleców jak druga skóra. Trzynasty punkt tego dnia, siódma wieczorem, i jeszcze osiem przed nami. Telefon zawibrował w kieszeni spodni — teściowa, Krystyna, już trzeci raz tego dnia.
— Tomek, żyjesz? — spytała, kiedy w końcu odebrałem, siadając na krawężniku przy ciężarówce.
— Żyję, Krysia. Niosę worki.
— A mówiłam, że to podejrzane. Pięćset złotych dziennie za rozładunek, to zawsze ma jakiś haczyk.
Nie posłuchałem jej wtedy, we wtorek, kiedy zadzwoniła z tym ogłoszeniem znalezionym na Facebooku. Mam trzydzieści sześć lat, od ośmiu prowadzę mały warsztat wulkanizacyjny na Targówku, a odkąd żona, Ania, poszła w marcu na zwolnienie po operacji kolana, sam ciągnąłem kredyt za lokal i ratę za dostawczaka. Firma z Marek szukała kogoś na "stałą fajną podrobotkę" — trzynaście punktów rozładunku dziennie, worki cementu po dwadzieścia pięć kilo, pięćset złotych za dzień. Zadzwoniłem tego samego wieczoru.
Odebrał mężczyzna, przedstawił się jako Darek, mówił szybko, jakby miał gdzieś indziej ważniejszą rozmowę.
— Praca fizyczna, ale nic skomplikowanego — powtórzył dwa razy, jakby się upewniał, że to do mnie dotrze. Parking przy marketbudowlanym w Markach, szósta rano, worki po dwadzieścia pięć kilo, dziennie około dwustu, czasem dwustu pięćdziesięciu, za dodatkową turę sto złotych dopłaty.
Pierwszego dnia stawiłem się punktualnie, w robociarskich spodniach, w rękawicach po remoncie łazienki u szwagra. Ciężarówka przyjechała załadowana po same krawędzie skrzyni. Kierowca, chłopak może dwudziestoletni, otworzył burtę i powiedział tylko:
— No, dawaj, trzynaście adresów mamy, czas goni.
Pierwszy adres to był sklep budowlany w Zielonce — zjeżdżałem z naczepy, brałem worek na plecy, niosłem przez cały parking, bo rampy nie było, wrzucałem na paletę. Drugi — remont domu w Kobyłce, worki trzeba było nosić przez całą działkę, jakieś pięćdziesiąt metrów, bo z przodu stał wykopany dół pod taras. Trzeci — kolejny sklep, tam akurat była rampa, więc poszło szybciej.
Do południa zrobiliśmy pięć punktów. W ustach czułem smak cementowego pyłu, mimo że miałem maseczkę. Zjadłem w aucie kanapkę, którą Ania przygotowała przed szóstą, popiłem wodą, która zrobiła się ciepła jak herbata.
Po obiedzie zostało osiem punktów. Szósty — remont kamienicy na Pelcowiźnie, worki po schodach na drugie piętro, bo winda nie działała. Siódmy — budowa w Markach, gdzie grzęzłem w błocie do kostek. Ósmy dojechaliśmy już po zmroku, bo zjazd z Trasy Toruńskiej stał w korkach.
Skończyliśmy o dziewiątej wieczorem. Dwieście trzydzieści worków, nie dwieście. Kierowca wręczył mi pięćset złotych w gotówce, bez żadnego potwierdzenia, bez umowy, bez listy płac.
— A za te trzydzieści dodatkowych? — spytałem.
— Jutro się rozliczymy, jak znowu przyjedziesz.
Wróciłem do domu, ledwo trzymając się na nogach. Ania zobaczyła moje dłonie, pokryte odciskami, nic nie powiedziała, tylko postawiła na stole miskę z ciepłą wodą i solą.
Drugiego dnia obudziłem się o piątej, obolały, kolana trzeszczały przy każdym kroku, ale pojechałem — pięćset złotych to było więcej niż dzienny utarg w warsztacie przy takim postoju, jaki mieliśmy od miesiąca. Trasa inna: Ząbki, Wołomin, kawałek Marek. Jedenaście punktów. Przy ósmym, na budowie bloku w Wołominie, kierowca kazał mi nosić worki po drewnianej kładce przerzuconej przez wykop, szerokiej na jakieś czterdzieści centymetrów. Pod spodem leżały zbrojenia fundamentu, sterczące pręty.
— Ja tak nie pójdę, to niebezpieczne — powiedziałem.
— Inni chodzili.
Przeszedłem, bo paleta po drugiej stronie już czekała, a cały dzień pracy wisiał na tym jednym momencie. Tej nocy nie zmrużyłem oka. Liczyłem w głowie, ile razy przeszedłem po tej kładce, ile worków zniosłem po schodach bez poręczy, ile razy brałem na plecy po dwadzieścia pięć kilo bez przerwy dłuższej niż te pięć minut na kanapkę.
Trzeciego dnia zadzwoniłem do Darka i powiedziałem, że nie przyjedę.
— Jak to nie przyjedziesz, mamy plan na dwanaście punktów — głos już nie taki uprzejmy jak przy pierwszym telefonie.
— Mam zerwane ramię, nie mogę — zełgałem, bo czułem, że prawda go nie zainteresuje.
Odłożył bez słowa.
Wieczorem przyszła Krystyna, usiadła przy naszym stole, nalała sobie herbaty z termosu, który zawsze ze sobą przynosiła, bo nie ufała naszemu czajnikowi.
— I co, Tomek, ile wytrzymałeś?
— Dwa dni.
— A mówiłam. Tam nikt nie wytrzymuje dłużej niż dwa, trzy dni.
Patrzyłem na swoje dłonie — skóra popękana, pod paznokciami wciąż szary pył, choć szorowałem je szczotką od warzyw przez dwadzieścia minut. Krystyna patrzyła na to samo, mieszając łyżeczką w szklance, długo, choć cukier dawno się rozpuścił.
Nie wróciłem tam już. Zamiast tego poszedłem do znajomego z Marek, który prowadzi hurtownię materiałów budowlanych, i zapytałem, czy nie potrzebuje kogoś do rozładunku na stałe, na umowę, z normalną stawką za godzinę. Jego wózkowy odchodził na urlop ojcowski na trzy miesiące. Dostałem sto dwadzieścia złotych za godzinę, osiem godzin dziennie, z przerwą obiadową wliczoną w czas pracy i rękawicami, które firma wydawała za darmo.
Warsztat zacząłem otwierać tylko po południu, kiedy wracałem z hurtowni. Pierwszego dnia pracy przyniosłem do domu umowę, rozłożyłem ją na stole w kuchni, przygniotłem rogi solniczką i miską po wczorajszej zupie, żeby się nie zwijała. Krystyna przyszła na kolację, zobaczyła papier zamiast zmiętej koperty z gotówką, wzięła go do ręki, przeczytała stawkę, potem numer NIP firmy na dole strony.
— To normalna umowa — powiedziała, odkładając kartkę z powrotem na obrus.
Wyjęła telefon i zapisała numer mojego nowego szefa w kontaktach, obok numeru do przychodni i do syna.




