U znajomej tragedia: syn postanowił ożenić się z dziewczyną nie z naszego środowiska. Współczuję jej…

U mojej znajomej ostatnio dramat: syn postanowił się ożenić z dziewczyną absolutnie nie z naszego środowiska. Szczerze jej współczuję, sama mam dzieci i wyobrażam sobie, co bym czuła…

Jednak od razu przypomina mi się taka historia, pewnej pani Kowalskiej.

Otóż syn Kowalskiej postawił ją przed faktem dokonanym: oto Martynka, już po ślubie, nie ma odwrotu.

W rodzinie Kowalskiej sami wybitni ludzie: profesor nauk humanistycznych, dwóch doktorów, tancerz baletowy, główny inżynier, krytyk literacki, kardiochirurg, i można by tak jeszcze długo wymieniać. A tu nagle dziewczyna niepewnego pochodzenia, z całą pewnością kiepskim wychowaniem, ojciec Bóg wie gdzie, matka cielętniczka (cielętniczka!), wykształcenie tylko malarka-tynkarz, urody raczej przeciętnej, jakby los sobie z niej drwił.

Trzeba jej jednak przyznać malarka zachowywała się nienagannie: była niemal niewidzialna i niesłyszalna, czasem tylko przemykała się korytarzem.

Poczekaj mówiła do Kowalskiej jej przyjaciółka, Bożena przyzwyczai się, to jeszcze się napłaczesz.

Jesienią syn wyjechał służbowo do Stanów.

Jak sobie tylko wyobrażę to stworzenie ganiające z kąta w kąt po mieszkaniu, to mi się wracać do domu odechciewa wyznawała Kowalska Bożenie.

Na Nowy Rok syn wrócił, a w marcu postawił matkę przed nowymi faktami: po pierwsze w Stanach zaproponowano mu kontrakt, po drugie poznał tam Nicole, po trzecie w czwartek ma być rozwód z malarką, a w piątek już leci do USA, niech się, mamo, nie martwi, będzie dzwonił.

Popłakała, pomachała na pożegnanie.

Malarka pakowała manatki: torba podróżna i reklamówka z Biedronki cały jej dobytek. Wyglądała na porzucone szczenię.

Kowalska się przemogła i zapytała:
Masz dokąd iść?

Odpowiedź była szeptem:
Za miesiąc zwolni się miejsce w akademiku, na razie dziewczyny pozwolą mi spać u nich, na polówce.

Kowalska spojrzała, westchnęła i mówi:
Na razie zostań, wyprowadzisz się za miesiąc, rozpakuj się.

Powiedziała sobie w duchu, że głupia z niej kobieta.
Przyjaciółka Bożena tylko przytaknęła.

Rano malarka wychodziła do pracy do tynkowania i malowania, wracała późno wieczorem, prawie padała na nos ze zmęczenia. Próbowała zostawiać Kowalskiej trochę pieniędzy za mieszkanie, upierając się, że sama doskonale sobie radzi.

Tak żyły przez trzy tygodnie, po czym Kowalską poważnie złożyło nagła choroba, półtora miesiąca w szpitalu, ledwo doszła do siebie.

Syn dzwonił kilka razy, pocieszał:
Dasz radę, mamo, wysyłam fotkę z Nicole my, Nicole i Niagara.

Nicole jak Nicole, żadnej rewelacji; aż dziw, że tak się na nią rzucił.

Bożena odwiedzała Kowalską sporadycznie dom, rodzina, wiadomo, trudno wyrwać się z codzienności.

A malarka gotowała buliony, kompoty, parowała kotleciki drobiowe i prosiła, żeby chociaż jeszcze łyżeczkę zjeść.

Jakaś podejrzana ta jej samarytańskość mruczała Bożena jesteś pewna, że nie zameldowała się u ciebie na stałe? Kostkę masła nie wyniosła? Kotlecika zjesz? Nie? Na pewno nie? Bo ja prosto z pracy, głodna jestem.

W końcu Kowalską wypisali ze szpitala; malarka odprowadziła ją pod same drzwi, pomogła wejść na piętro, ale do środka nie weszła spieszyła się do pracy.

Czysto wszędzie, aż błyszczy, Kowalska snuje się do kuchni na stole kartka:
„Sz.P. Marto Kowalska, dziękuję. Obiad w lodówce. Szybkiego powrotu do zdrowia. M.”

Zajrzała do schowków wszystko, jak było.

Weszła do pokoju syna jakby żadnej malarki nigdy tu nie było.

Po tygodniu Kowalska przeszła długim głośnym korytarzem w akademiku, zapukała do drzwi. Trzy łóżka, stół, pod stołem rozkładane łóżko.

Powiedziała:
Jak sobie kiedyś postawisz mieszkanie, to sobie pójdziesz. Na razie zbieraj się, taksówka czeka, licznik bije.

We wrześniu wybrały się po jesienny płaszcz wstyd, w czym dziewczyna chodzi, i jeszcze buty trzeba. W galerii natknęły się na Bożenę.

Bożena skomentowała:
Dobrą służbę to teraz ze świecą szukać, wiem coś o tym, a ty masz za darmo! Nieźle się urządziłaś, Kowalska!

U ciebie służba, a u mnie synowa. Chodź, Marisia, poszukamy ci jeszcze torby, może jakieś spodnie i dla mnie szalik przy okazji.

Kowalska mówi:
Na wkład własny sama odłożyła, ani grosza ode mnie nie wzięła. Mieszkanie zaraz będzie gotowe, szuka teraz dobrych tapet. Pracuje od rana do nocy, ledwo zipie, ostatnio patrzę usnęła na siedząco, jak odwróciłam się tylko po czajnik.

Kowalska westchnęła:
A ja się tylko martwię młoda, ładna, zaradna, teraz jeszcze z własnym mieszkaniem… Marisia, dziewczyna mądra, ale wiadomo, nawet najmądrzejsze bywają łatwowierne. W nocy spać nie mogę, myślę tylko, żeby się jej nie przyplątał jakiś nieudacznik albo jeszcze gorzej ktoś z zupełnie nie naszych ludzi…

Oceń artykuł
TwojaCena
U znajomej tragedia: syn postanowił ożenić się z dziewczyną nie z naszego środowiska. Współczuję jej…