Na wsi, u babci Zosi, zdechł kot. Był to kot zasłużony, niejeden raz przewodził kocim bojom, miał na koncie liczne zwycięstwa nad innymi kocurami oraz liczbę upolowanych myszy. Ale wiek już miał słuszny stary kocur, co tu dużo mówić. Prawie dwadzieścia lat przetrwał na tym świecie bez większych napraw generalnych.
Babcia Zosia owinęła swojego pupila w czyste prześcieradło, chwyciła łopatę i ruszyła za ogród, by urządzić pogrzeb. Jej mąż, Stanisław Władysławowicz, grzebał się w piwniczce w rogu podwórka: coś tam naprawiał, przykręcał i pod nosem klął po cichu.
Po ostatnich pożegnaniach z kocim przyjacielem Zosia zasypała dołek i wyszła zza ogrodu, niosąc zagraconą gliną łopatę. W tym momencie przechodziła sąsiadka pani Halina z miasta.
Dzień dobry, Zosiu! przywitała się Halina i dla przyzwoitości zapytała: A co ty tak z łopatą chodzisz?
A widzisz odparła babcia Zosia. Mój Stasio już się nie męczy, biedaczek. Pan Bóg zabrał staruszka. Popłakałam po nim, po czym za ogrodem go pochowałam.
Na to wieści Halina aż przystanęła zdumiona. Przecież zaledwie wczoraj widziała Stanisława Władysławowicza w sklepie, kupował cukier, papierosy Caro i ćwiartkę wódki.
Nie do wiary! powiedziała. Twój Staszek nie żyje? Przecież jeszcze wczoraj go widziałam, taki był żwawy.
Ano, wczoraj narzekał, że mu się nogi mocniej plączą, przytaknęła babcia Zosia. Radosny był cały dzień, całą makrelę zjadł. Nawet wieczorem razem się pośmialiśmy
Oczy Haliny zaczęły się powoli robić coraz większe.
A dziś rano już mu smutno było, jakoś go wzięło dokończyła Zosia. Położył się na ławce, coś tam pomruczał, po czym ducha oddał.
Halina mimowolnie się przeżegnała.
Ot, jak los bywa przewrotny westchnęła. Był Staszek… i nagle go nie ma. Ale po co ci ta łopata, mów?
No przecież mówię za ogrodem go pochowałam! W prześcieradło zawinęłam, dołek wykopałam i gałązkę wbiłam, żeby nie zapomnieć gdzie leży.
Halina, mieszczka, wielu wiejskich zwyczajów nie znała. Zdziwiła się, że Zosia tak po prostu pochowała męża za ogrodem, jeszcze i gałązkę wbiła na znak.
Zadbana z ciebie kobieta, Zosiu, trzeba przyznać mruczała Halina z przestrachem. Sama wszystko załatwiłaś! Ale czy nie wypadałoby no chociaż sołtysa czy kogoś z urzędu zawiadomić?
Tym razem to Zosia spojrzała na Halinę jakby z politowaniem.
Co też wygadujesz! zaśmiała się. Staszek był co prawda chłop jak dąb… ale żeby przez takie drobiazgi zaraz całą wieś fatygować? Milicjant za każdym Staszkiem nie będzie biegał. Zaraz prokuratora mam wzywać?
Halina zamilkła. Babcia Zosia przerzuciła łopatę na drugie ramię.
Może w mieście u was się inaczej postępuje powiedziała pojednawczo. Wy tam mądrzejsi, zaraz prawnicy, adwokaci A u nas na wsi po swojemu. Umarł Tadeusz czas już, bierzesz łopatę i idziesz kopać. Za ogrodem miejsca pod dostatkiem.
Tak wymamrotała Halina. Czuję, że jeszcze mało wiem o waszej wsi Ale czemu za ogrodem, w tych pokrzywach? Nie można pochować na cmentarzu?
Niepojętność Haliny zaczęła już Zosię denerwować.
A gdzie miałam go położyć, jak zdechł? odparła gniewnie. Na cmentarzu między ludźmi to by była przesada. Zawsze tu chowaliśmy za ogrodem.
Halina ostrożnie przysiadła na kawałku pnia, a na łopatę w dłoni Zosi starała się nie patrzeć. Zrobiło jej się słabo, nogi miała jak z waty.
No nieźle, sąsiadko powiedziała w końcu. Wszystkich tak za ogrodem składasz? Dużo ich tam masz oprócz Staszka?
A powiem ci, że trochę się ich zebrało zamyśliła się Zosia. Przed Staszkiem był np. Mietek. Łagodny, ale wredny w środku, zły. Nocą potrafił się zakraść i rano cała pierzyna mokra. O, jak ja go prałam! Jeszcze wcześniej był Franek, bardzo ułożony, przytulny. Ale też nadszedł czas i umarł Już się kilku wyprowadziło za ogród.
Z rozmachem wbiła łopatę w ziemię jakby stawiając kropkę w rozmowie.
Teraz leżą wszyscy równo, Staszek, Mietek, Franek moje chłopaki. Ale nic to, już mi Tonia młodego nowego obiecywała. Czy ja się jeszcze bez towarzysza obejdę?
Nie wiadomo, co sobie pomyślała Halina, bo w tym momencie zza pleców Zosi pojawił się dziadek Stanisław Władysławowicz cały umazany ziemią, zły jak osa.
Śmierci mojej chcesz, stara kwoko?! zaryczał na żonę. Po uszy mnie tam załadowało, krzyczałem, wołałem Ledwo się wydostałem, a ty tu plotki rozpuszczasz!
Wyrwał jej łopatę z rąk i rzucił:
Dawaj tu narzędzie! Idę buty odkopać i ćwiartkę co została!
Wtedy Halina cichutko zsunęła się z pieńka i zemdlała. Dobrze, że ćwiartka z piwniczki mogła się potem przydać.
Życie na wsi bywa pełne niespodzianek, a nie zawsze to, co słyszymy, znaczy to, co naprawdę się dzieje. Czasem warto uważniej słuchać, zanim wyciągniemy wnioski bo życie potrafi zamieszać nawet największym mieszczuchom.

