Stałam się nieznośna dla własnego męża..? Przez osiem lat wszystko układało się znakomicie, a w dzie…

Czy naprawdę zaczęłam drażnić własnego męża?

Przez osiem lat wszystko płynęło cudownie, lecz w dziewiątym roku małżeństwa wszystko zaczęło drażnić Jarka a najbardziej drażniła go Basia.

Jarek wracał późno do domu, po cichu przełykał kolację, mruczał pod nosem coś niewyraźnego, otwierał laptopa i do późnej nocy klikał w strzelanki. Jeśli patrzył na Basię, to z miną, jakby miał próchnicę od czubka głowy po pięty. Coraz częściej sucho oznajmiał, że tej nocy śpi u mamy.

Pewnego wieczoru Basia nie wytrzymała. Zadzwoniła do teściowej:
Pani Halino, czy Jarek jest teraz u Pani?
Na co Halina, głosem słodkim jak krówki z Milanówka, odparła:
Dobra żona, kochanieńka, zawsze wie, gdzie jej mąż.

Basia nawet kupiła poradnik Jak zatrzymać męża, tłumacząc niepotrzebnie kasjerce, że to dla koleżanki. Kasjerka spojrzała na nią z obrzydliwym współczuciem.

W końcu Basia pojęła, że z poradnikiem coś nie gra. Ile mężów trzeba zatrzymać, żeby zebrać materiał na książkę? I skąd się pojawiają nowi mężowie do zatrzymywania, jeśli starych się zatrzymuje?

Sto pięćdziesiąt stron porad: jak zbudować ognisko domowe, o bieliźnie koronkowej i o zainteresowaniach męża. Basia nawet opanowała w końcu drożdżowe ciasto, którego nigdy nie potrafiła ale męża do domowego ciepła to nie przyciągnęło. Może trzeba było wyrabiać je w koronkowej bieliźnie? Albo pójść w niej do teściowej, u której według legendy przesiaduje mąż.

Próba życia według zainteresowań Jarka również spaliła na panewce: Basia przeszła w strzelance ten poziom, z którym mąż męczył się tydzień. Atmosfera zrobiła się przez to jeszcze chłodniejsza.

Pewnego dnia Basia szła po zimowe kozaki, a wróciła z pulchnym szczeniakiem za tę samą kwotę tysiąc czterysta złotych. Spojrzała na niego i zrozumiała, że zawsze marzyła o psie. Nie o jakimś miniaturowym pyszczaku do torebki, lecz o prawdziwym, porządnym psie.

Pani, która przedstawiła się jako hodowczyni, stwierdziła:
Pani się zna na psach? Nie? To to jest golden retriever.
Na pytanie, czemu szczeniak nie jest za bardzo złoty, wyjaśniła łaskawie:
Wyrośnie, będzie złociutki, teraz taka moda! Rodzice championy, papiery mam! Oddaję wręcz za darmo.
Podała kwotę.
Basia tyle nie miała, ale dobra hodowczyni przystała na to, co było.

Przecież buty nie będą patrzyły w oczy z oddaniem, merdały ogonem ani przynosiły kapci.

Mąż, właśnie tego wieczora zacumowany w domu, zapytał z rozdrażnieniem:
Co to jest?!
Golden retriever, rodowodowy, i tanio, wszystkie papiery mam powiedziała Basia.
W papierach pies widniał jako czysty alano hiszpański. Telefon do hodowczyni okazał się numerem do zakładu komunalnego na pytanie o retrievery i spaniele odpowiadano nieparlamentarnie.

Ty masz w ogóle oczy?! Gdzie tu, powiedz mi, retriever albo spaniel? Ile dałaś?! Ile, Basia?! Do tego trzeba mieć no… nie dokończył, tylko machnął ręką.
Szczeniak nie polubił krzyków męża i zawarczał groźnie. Zamiast ryku wyszła mu ogromna kałuża.

Z kim ja żyję? jęknął Jarek do sufitu i wrócił do komputera. Wyglądało to tak, jakby strzelał nie do wirtualnych potworów, a prosto do Basi. I miał z tego wyraźną satysfakcję.

Rano okazało się, że szczeniak już się zaaklimatyzował. Przez noc zajął się starannie sportowymi butami i pogryzł eleganckie pantofle Jarka.

I wtedy się zaczęło.

Wszystko było w Basi fatalne i nie do wytrzymania: twarz, ubranie, dusza, myśli. Nawet to, że Basia zarabiała dwa razy więcej niż on ponoć, by go tym upokarzać. I że dzieci nie miała.
Jarku, przecież sam nie chciałeś dziecka bąknęła cicho Basia.
No bo jakie dzieci może mieć idiotka?! Takie same ułomy jak ona! Zobacz na siebie! Kto by się połakomił na taką głupią dzidę!
Szczeniak chwilę słuchał, a potem podczłapał do Jarka i spróbował podgryźć go za kostkę.

Basi od tych słów ścięło gardło ze smutku za te nienarodzone dzieci i tylko patrzyła, jak mąż wrzuca w walizkę swoje rzeczy.

Trzydzieści lat. Życia nie ma. Skończyło się. Kropka. Koniec drogi.

Nie było sensu dalej żyć, ale szczeniakowi nie da się tego wytłumaczyć. Gryząc namiętnie Basi skarpetkę, patrzył tak, jakby był biednym, głodnym i nigdy nieprzytulonym pieskiem. Jego nie obchodziły łzy Basi ani myśli o śmierci. Chciał jeść, pić i żeby go głaskać i powtarzać mu, jakie z niego cudne psisko, i drapać po brzuchu.

Szczeniak Grom rósł jak na drożdżach, lecz mimo basiorowego wyglądu nie nadawał się na obrońcę. Zamiast odruchu gryzienia, wyćwiczył lizawczy instynkt przytulania.

Wieczorami Basia wyprowadzała Groma na długie spacery. I wyspacerowała sobie kłopoty. W grudniu na podwórkach zaczęto kopać różne dziury śnieg z deszczem, błoto, wszystko zachlapane i Grom wpadł do jednej z nich, poszczekując żałośnie. Basia z przerażenia skoczyła za nim na szczęście nogi ocaliła. Dziura była głęboka, śliska, o stromych, gliniastych ścianach. Zegarek pokazywał prawie północ, a telefon został w domu.

Na początku było jej głupio wołać pomocy, ale po paru próbach wydostania się zaczęła krzyczeć: Pomocy! Pomocy!

W końcu, do dołu podeszło dwóch młodzieńców o gotyckim wyglądzie w świetle latarni wyglądali upiornie, jakby dopiero co wykopali się z cmentarza. Nie złożyli jej jednak w ofierze, ani nie zasypali. Zadzwonili po straż pożarną i poczekali, żartując na górze o rzeczach gotycko-grobowych. Najpierw wyciągnięto Groma, który w podziękowaniu wylizał wszystkich, nawet gotów. Potem Basia, tak zmarznięta, że nawet nie było jej wstyd.

Wściekły strażak zbluzgał bezmyślnego psa, głupią Basię, leniwe ekipy komunalne i nieudolnych kopaczy. Dostało się nawet rządowi. Słysząc nowe słowa, Grom jeszcze radośniej merdał ogonem i zaczaił się, by w locie lizać strażaka po nosie. Udało mu się zresztą, rozbijając przy okazji nos głową.

Efekt o pierwszej w nocy był taki: ubłocony, lecz szczęśliwy Grom, drżąca i obsypana ziemią Basia, upaprani Gromem strażacy z gotami oraz dowódca z krwawiącym nosem.

Proszę Pani, niech Pani tego potwora trochę wychowa powiedział strażak.
Wychowuję, tylko on jest trudnowychowalny.
No, jak ja rzucił wesoło got do kolegi, po czym wybuchł niegotyckim rechotem.

Ja tam mieszkam, zapraszam, chętnie się wszyscy obmyjecie zaproponowała drżąca z zimna Basia.
Idźże, idź, bo wyglądasz jak Hannibal Lecter po robocie powiedzieli strażacy do szefa.

Może ja sama sobie wykopię dół na podwórku? Nim zarządca przyjedzie, stara panna do końca później śmiała się Basina koleżanka.

P.S. Dzieci Basi nie są geniuszami. Normalne, śmieszne, kochane dzieciaki. I Staś, i Lidka. W pierwszej klasie trzeba było opowiedzieć o rodzinie.
Nasz tata ratuje świat! A nasza mama pracuje komputerem! wykrzyknął rezolutny Staś.
A cicha Lidka dodała poważnie:
A nasz pies potrafi oglądać telewizję!

Oceń artykuł
TwojaCena
Stałam się nieznośna dla własnego męża..? Przez osiem lat wszystko układało się znakomicie, a w dzie…