Nasze przyjęcie weselne dobiegło końca, zamknęły się drzwi za ostatnim gościem. I dopiero wtedy, tak naprawdę zdałam sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Za chwilę miałam iść do obcego domu, co prawda z mężczyzną, którego kochałam, ale fakt pozostawał faktem. Od tej pory wszystko miało być inaczej. W tym momencie przyszedł jakiś nieokreślony żal i łzy same popłynęły po mojej twarzy.
Patryk – mój mąż- popatrzył na mnie, jakby wszystko rozumiał. Przytulił mnie mocno do siebie i powiedział: – Nie martw się kochanie, wszystko będzie dobrze.
Mieliśmy jeszcze kilka dni urlopu, więc wykorzystaliśmy je na urządzenie się w domu teściów.
A potem zaczęło się zwykle życie, a w nim, jak to często bywa, pojawiły się kłótnie.
Mi przeszkadzało jego bałaganiarstwo, ubrania porozwieszane na krzesłach, talerz nie wstawiony do zmywarki, a wszędzie porozkładane gazety, przyprawiały mnie o ból głowy.
Patryk miał pretensje o to, że śniadanie szykowałam zbyt późno i musiał pić w „locie” gorącą kawę, że koszula była źle uprasowana. Kłótnie wybuchały praktycznie codziennie i dotyczyły prawie wszystkich aspektów naszego życia. Do tego wszystkiego mąż zrobił się strasznie zazdrosny. Rozliczał mnie z każdej minuty spóźnienia z pracy do domu, gdzie sam wracał o której chciał i nikomu się nie tłumaczył, a już szczególnie mnie. Doszło nawet do tego, że zabronił mi się malować do pracy i ubierać sukienki przed kolano. Przed ślubem nigdy mu nie przeszkadzało, gdy zakładałam coś krótszego.
Na moje pytanie „dlaczego”? odpowiedź była krótka:
– Bo w mojej rodzinie kobiety się szanują i ubierają stosownie.
Nie wytrzymałam i odburknęłam:
– A w mojej rodzinie pamięta się o ważnych datach.
Tego dnia wypadała rocznica naszego ślubu.
Kilka dni później okazało się, że jestem w ciąży.
Ze względu na dziecko starałam się mniej denerwować, a i Patryk jakby trochę przystopował z pretensjami. Myślałam, że dziecko wszystko zmieni. Myliłam się. Wraz z pojawieniem się dziecka kłótnie się nasiliły. Teraz większość naszych starć dotyczyła opieki nad niemowlakiem; kto ma wstawać do niego w nocy, kto ma podgrzać mleko. Mąż twierdził, że skoro nie pracuję, to wszystko przy dziecku powinnam robić sama. A ja byłam coraz bardziej zmęczona. Nieprzespane noce, zajmowanie się dzieckiem, dogadzanie mężowi i teściom doprowadziły do tego, że miałam dość. Powiedziałam mężowi, że jeśli nie zacznie mi chociaż trochę pomagać, to wrócę do rodziców.
Co na to mój mąż? – „Droga wolna, płakał nie będę”.
Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i pojechałam. Rodzice nie pytali o nic, pomogli mi rozpakować się i urządzić miejsce dla dziecka. Po raz pierwszy od długiego czasu poczułam spokój. Mama pomagała mi przy maleństwie, więc mogłam odpocząć.
Minął tydzień od mojego przyjazdu do rodzinnego domu. Nie powiem, że było lekko, bo bardzo tęskniłam za mężem.
I mniej więcej po upływie tego tygodnia, w domu rodziców pojawił się Patryk. Niby przyjechał zobaczyć dziecko, ale od tego dnia przyjeżdżał prawie codziennie. Rozmawialiśmy tylko „służbowo”, krótkie pytanie – zdawkowa odpowiedź. Tylko nasze oczy, te ukradkowe spojrzenia, mówiły, co naprawdę czujemy.
Pewnego dnia będąc na zakupach w sklepie, spotkałam moją szkolną koleżankę. Wracając rozmawiałyśmy o tym, jak nam się ułożyło życie.
Kinga opowiedziała mi o swoim mężu alkoholiku, który przepijał wszystkie zarobione pieniądze. W domu urządzał karczemne awantury i poniżał ją na wszystkie możliwe sposoby. Na koniec dodała, że cieszy się z tego, że nie mają dzieci.
Pod wpływem jej słów, zastanowiłam się nad własnym postępowaniem.
Czy naprawdę było mi tak źle, że opuściłam męża? Przecież Patryk nie pił, zarobione pieniądze przynosił do domu. Nigdy mi nie ubliżył. Doszłam do wniosku, że sama też nie byłam bez winy, i że wszystkie nasze konflikty wynikały z tego, że każde z nas chciało postawić na swoim. Przecież przy odrobinie dobrej woli można było osiągnąć kompromis. Są gorsze rzeczy niż porozrzucane ubrania. A to, że jest zazdrosny, świadczy o tym, że mu na mnie zależy.
Następnego dnia, gdy mąż przyjechał nas odwiedzić, podeszłam do niego i poprosiłam byśmy spróbowali jeszcze raz. Ucieszył się i jeszcze tego samego dnia wróciliśmy razem do domu.
Od tamtego dnia minęło pięć lat. Mamy własne mieszkanie, urodziło nam się drugie dziecko. Jesteśmy szczęśliwi i choć czasem zdarzają nam się kłótnie, to staramy się je szybko zażegnać
Aż boję się pomyśleć, co by było, gdybym wtedy nie spotkała Kingi.



