Ser przyjaciółki mamy

**Ser ciotki Zosi**

Nikt dokładnie nie pamięta, skąd wzięła się ciocia Zosia przyjaciółka mamy. Wydawało mi się, że istniała od zawsze, jak ciemność, prusaki i disco polo. Tata uważał ją za agentkę tajnego rządu, wdrożoną w szeregi zwykłych ludzi w celach eksperymentalnych. Dziadek zaś był przekonany, że ciocia Zosia to piąty jeździec Apokalipsy, wyrzucony z ekipy za nadgorliwość. Nawet mama nie umiała wyjaśnić, skąd się znały. Ciocia Zosia była jak dziwny klucz na wiązce nie wiadomo, do czego służy, ale wyrzucić szkoda.

Nie miała męża ani dzieci, za to mnóstwo wolnego czasu. Takie kobiety są groźniejsze niż epidemia. Zalewasz jej nogi betonem, wrzucasz na dno oceanu a tam i tak rozpęta piekło, aż cały podwodny świat odrośnie nogi, by uciec na ląd.

Gdy chodzi o zmysł handlowy, ciocia Zosia miała raczej zator przedsiębiorczości. Co roku fundowała nam kolejny projekt, przed którym nie można było uciec nawet za granicę. Miała paszport, wizę, mówiła płynnie w trzech językach, ale w żadnym z nich nie znała słowa nie.

Kiedyś sprzedawała kubańską kosmetykę, od której mamie wyrosły jedwabiste wąsy i rozwinęło się uzależnienie. Później robiła męską bieliznę z syntetycznej merynosowej wełny tu cierpiał już tata. Obiecywała mu męską siłę i domagała się opinii po miesiącu noszenia. Tata odpowiedział po trzech dniach. Podobno tego wieczoru zadzwonił do niego Zenek Martyniuk i poprosił o autograf.

Dziadek też miał swój udział. Ciocia Zosia wciskała mu suplementy na oczyszczenie jelit i uregulowanie ciśnienia. Potem pokazywano go w wiadomościach przez tydzień, a przez miesiąc w prognozie pogody, gdy tylko wyszedł na ulicę.

Pomysłów miała mnóstwo: mydło z wyciągiem z barszczu, zdrowe słodycze z kolendry i ostu, wyroby z węgorza. Potrafiła godzinami mówić o zaletach swoich produktów, aż człowiek zaczynał się cofać w ewolucji i stawał na cztery łapy. Gdy wiara w Boga, naukę i zdrowy rozsądek całkiem gasła, proponowała rabat. Ofiara wtedy kapitulowała. Nam, jako bliskim przyjaciołom, szczęściło się najbardziej dostawaliśmy próbki gratis.

Miesiąc temu ciocia Zosia zaczęła robić domowy ser i znosić go nam w każdym możliwym stanie skupienia. Zapachu nie da się opisać. Pewnie nasze mieszkanie nie nadaje się do sprzedaży ani wynajmu przez najbliższą dekadę podobnie jak cała klatka schodowa. Jedyne, co ucieszyło dziadka już nie musiał prać skarpet, a nawet chwalono go za zasadniczość.

Ser był dziwny. Niszczył tarki, wybuchał w mikrofalówce i ulatniał się w piekarniku. Czasem zdawało się, że atakuje inne produkty w lodówce i przekształca je w swoje kopie.

Kiedyś dodałem go do makaronu z keczupem. Efekt? Wzbogacony uran. Teraz rodzinie zakazano wyjazdów za granicę na siedem lat.

Mama prosiła o cierpliwość. Ciocia Zosia zapewniała, że pierwszy kot za płoty, a następna partia będzie bomba. Usłyszawszy to, dziadek tydzień chodził z młotkiem i groził, że wykreśli nas z testamentu, jeśli choć okruch sera trafi na jego talerz. Tacie było trudniej kochał mamę nad życie (sam sobie winien), więc wyboru nie miał.

A ja? Ciocia Zosia orzekła, że dzisiejsze dzieci mają w sobie całą tablicę Mendelejewa i mogę jeść czekoladę z opakowaniem. A zamiast krwi mam olej palmowy. Jej produkt? Czysta natura! przekonywała mamę, a o dziadkowym liczniku Geigera, który wariował, mówiła: To nie autorytet!.

Ale stało się coś dziwnego. Ser okazał się niezły. Oczywiście, wszyscy przed degustacją wypiliśmy litr węgla aktywnego i zabezpieczyliśmy się na wypadek awarii biologicznej. Ale smaku nie dało się oszukać, a ten ku zaskoczeniu był całkiem przyjemny. Delikatny, maślany, z subtelną nutą przypraw i lekko orzechową końcówką. Mama zrobiła kanapki, tata dodał ser do sałatki, a nawet dziadek, zwabiony aromatem, skusił się na parę kęsów.

Ciocia Zosia, zdaje się, wygrała. Po raz pierwszy jej słowa nie były pustymi obietnicami, a projekt zdobył uznanie. Prawda wyszła na jaw tylko przed mamą ser robił nie ona, a jej nowy mąż, szef kuchni, którego ciocia Zosia o mało nie dobiła na pierwszej randce serową zupą. Facet trzy dni leżał pod kroplówką, a gdy się ocknął, oznajmił, że doznał oświecenia. Między życiem a śmiercią zrozumiał swoje powołanie: ratować świat przed pomysłami cioci Zosi. Gdy tylko coś jej strzeli do głowy, on zrobi to sam, a jej pozwoli zbierać laury. Nawet się z nią ożenił pewnie z poczucia obowiązku wobec ludzkości.

Od tamtej pory uważnie śledzimy ich związek. I gorąco modlimy się, żeby tej parze było dobrze.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ser przyjaciółki mamy