Samotny ojciec

DZIENNIK

Od zawsze kochałem Małgosię. Już od podstawówki, gdy pierwszy raz ją zobaczyłem drobną, delikatną, z rudymi włosami i piegami rozsianymi po nosie. Była młodsza ode mnie o trzy lata, ale to nie przeszkodziło mi zakochać się w niej po uszy. Zawsze pilna, skromna, a ja z roku na rok przywiązywałem się do niej coraz bardziej. Podglądałem ją na przerwach, gdy skakała na skakance z koleżankami na szkolnym podwórku lekka jak motylek.

Gdy wróciłem z wojska, od razu poszedłem do niej z bukietem kwiatów prosić o rękę. Jej ojciec, surowy i poważny mężczyzna, długo ze mną rozmawiał w osobnej izbie, a potem, z uśmiechem, oddał mi dłoń Małgosi.

Wesele było huczne. Przyjechali nawet najdalsi krewni. Świętowaliśmy trzy dni. Oczy Małgosi świeciły szczęściem, a ja byłem dumny. Myślałem, że dostałem najlepszą pannę w całej wsi.

Dwa lata później, z pomocą rodziców, zbudowałem dom. Małgosia była wniebowzięta na trzy miesiące przed narodzinami naszej pierwszej córki wprowadziliśmy się do własnego domu.

Urodziła się dziewczynka, nazwaliśmy ją Kasia, na cześć babci Małgosi. Dziecko było zdrowe i silne, ale dla Małgosi poród okazał się ciężką próbą. Przez cały rok po urodzeniu córki była blada i wyczerpana. Woziłem ją po lekarzach, a ci tylko wzruszali ramionami czas miał przywrócić jej siły.

Gdy Kasia skończyła półtora roku, Małgosia dowiedziała się, że znów jest w ciąży. Lekarze radzili jej przerwać organizm nie był gotowy, mogło się to źle skończyć. Ale Małgosia była nieugięta.

Nie zabiję swojego dziecka! mówiła. Nie jest winne, że chce żyć. Co ma być, to będzie.

Ostatni miesiąc ciąży spędziła w szpitalu. W domu tęskniła mała Kasia, a ja nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Serce podpowiadało mi, że zbliża się nieszczęście.

I nie myliło się. Małgosia nie przeżyła porodu serce po prostu stanęło. Ale na świat przyszły dwie cudowne bliźniaczki.

Byłem niepocieszony. Na pogrzebie, stojąc nad grobem, patrzyłem na czarną ziemię pustym wzrokiem. Przed oczami przewijały się wszystkie szczęśliwe chwile z Małgosią, jej uśmiech, a w uszach dźwięczał jej śmiech. Gdy trumnę opuszczano do dołu, padłem na kolana i zawyłem jak ranne zwierzę.

Jak ja bez ciebie? Po co mam żyć? Łzy płynęły mi po twarzy, a w środku została tylko pustka.

Po pogrzebie zacząłem pić. Na umór. Piłem, żeby nie pamiętać, żeby nie słyszeć jej głosu.

Rodzice Małgosi zabrali dziewczynki do siebie. Uznali, że nie poradzę sobie z żałobą i nie będę dla nich dobrym ojcem.

Czterdziestego dnia po śmierci Małgosi, znów upiłem się do nieprzytomności i zasnąłem w sieni. Śniła mi się. Weszła do domu w białej sukience, z rozpuszczonymi włosami, w których igrały promienie wschodzącego słońca. Podeszła, pogłaskała mnie po głowie i powiedziała tak, jak kiedyś:

Stasiu, kochanie, co ty robisz? Nie wstyd ci? Dziewczynki tęsknią za tatą. Potrzebują cię tak, jak ja cię potrzebowałam. Jeśli mnie kochasz, nie porzucaj ich.

Obudziłem się trzeźwy, a przez okno wpadało słońce. Zaraz po wschodzie poszedłem do rodziców Małgosi ogolony, w wyprasowanej koszuli. Pocałowałem w rękę jej matkę, mocno uściskałem ojca, zabrałem dziewczynki i wróciłem do domu.

Od tamtej pory żyliśmy we czwórkę. Starałem się być dla nich i ojcem, i matką. Nauczyłem się gotować, prać, cerować. A warkocze plec

Oceń artykuł
TwojaCena
Samotny ojciec