Nazywam się Marta. Mój mąż Kamil. Pobraliśmy się sześć lat temu, a nasze wesele było wspaniałe i radosne. Goście szczerze życzyli nam miłości, wzajemnego zrozumienia i oczywiście dzieci. Zaraz po ślubie zaczęliśmy się o nie starać. Moja pierwsza ciąża zakończyła się porażką. Druga ciąża była jeszcze gorsza niż pierwsza. A po operacji wydano mi straszny wyrok – już nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Nasz smutek był bezgraniczny. Kamil i ja bardzo to przeżyliśmy. Gdy minęła złość i rozpacz, zaczęliśmy żyć dla siebie i zarabiać na dobre rzeczy. Ale mamy już trzydzieści lat. Mamy wszystko, czego potrzebujemy: mieszkanie, domek w górach, dwa samochody. Dwa razy w roku wyjeżdżamy na zagraniczne wakacje, ale w naszym życiu jest ta pustka, której nic nie zastąpi.
Kamil jako pierwszy wspomniał o adopcji. Powiedział:
– Kochanie, może powinniśmy adoptować dziecko? Wszyscy mają dzieci, wszyscy tylko gadają o wózkach, hulajnogach i bajkach, ja też chcę wychować dziecko, chce być ojcem.
—Kamil, myślałam o tym od dłuższego czasu, ale jakoś bałam się zapytać. A więc postanowione- nie kryłam swojej radości. A ty kogo chcesz? Chłopaka czy dziewczynkę? – zapytałam męża.
-Obojętne mi to, ale chyba bardziej dziewczynkę. Chcę ją wychować jak księżniczkę. Rozumiesz, córeczka tatusia!
– OK. Zgadzam się.
Następnego dnia zaczęliśmy zbierać dokumenty. Nasze warunki finansowe i mieszkalne pozwoliły bardzo szybko uzyskać zgodę na adopcję. A potem nadszedł ten uroczysty dzień, kiedy pojechaliśmy do domu dziecka. Nie spodziewaliśmy się noworodka, bo na niemowlaki musielibyśmy długo czekać, ale było tam mnóstwo starszych dzieci. Bawiły się na placu zabaw. Stojąc w pewnej odległości, zaczęliśmy się im wszystkim przyglądać. Nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie za spódnicę. Patrząc w dół, zobaczyłam dziewczynkę, blondynkę ze śmiesznymi piegami. Wyglądała na jakieś trzy lub cztery lata. Uśmiechnęła się i zapytała mnie: „Ciociu, czy ty będziesz moją mamą? Moje serce prawie stanęło. Nie wiedziałam nawet, co powiedzieć, ale łzy zdradziecko popłynęły z moich oczu, i z ust wydobyły się słowa: „Tak, moja droga, a to będzie twój tato, właśnie przyjechaliśmy po ciebie! Kamil wziął dziecko na ręce i ruszyliśmy w stronę dyrektora ośrodka.
Widząc tę dziewczynę w naszych ramionach, potrząsnął głową z pewnym żalem i poprosił wychowawcę, aby zabrał dziecko, a nas zaprosił do biura na rozmowę.
– Widzicie, tu sprawa jest skomplikowana, ta dziewczynka nie jest sama…
Przerwałam Dyrektorowi
– To co, weźmy oboje! Czy ona ma brata?
– Nie, ma dwie siostry: to trojaczki. Zabierzecie je wszystkie?
Kamil i ja popatrzyliśmy sobie w oczy. – Trzy identyczne księżniczki?
Co się stało? — Dlaczego rodzice je porzucili? – zapytałam
– Ich matka była naszą wychowanką. Po opuszczeniu ośrodka, za bardzo cieszyła się wolnością. Bardzo szybko zaszła w ciąże, a że ciąża była mnoga jej organizm nie dawał rady. Dzieci cudem uratowano, jej niestety nie. Umarła bardzo młodo. I tak dziewczynki trafiły do nas, są tu od dwóch lat, bo wcześniej były w domu małego dziecka. Nie chcieliśmy ich rozdzielać, ale chyba będziemy musieli, bo kto weźmie trzy na raz? –
– My je weźmiemy! – Kamil powiedział zdecydowanym głosem wstając z krzesła.
– Może Pan wypełniać dokumenty! Ale najpierw niech Pan powie jak one się nazywają?
– Maja, Kaja i… Gaja. Łatwe do zapamiętania- uśmiechnął się dyrektor.
Pobiegliśmy do naszych księżniczek. Od razu traktowały nas jak rodziców, bombardowały pytaniami i historiami.
Kilka dni później pojechaliśmy w piątkę obejrzeć nowy, duży dom, bo potrzebowaliśmy sporo miejsca dla naszej licznej rodziny!


