Dziesięć lat temu moja matka ponownie wyszła za mąż. Przybrany ojciec przeprowadził się do nas, zostawiając swoje mieszkanie byłej żonie. Miał córkę z poprzedniego małżeństwa. Ojczym nie utrzymywał kontaktu ze swoją córką, jedynie płacił alimenty i nie brał udziału w jej wychowaniu. Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu, które odziedziczyliśmy po moim ojcu. Podejście do niego miałam neutralne. Był spokojny, nie podnosił głosu, nie bił. Nie mieszkałam z nimi długo, ponieważ wyszłam za mąż. Moja matka od pierwszego spotkania nie polubiła mojego męża, a przybranego ojca nie interesował mój los. Kiedy urodziłam syna, matka początkowo zaczęła mi pomagać z dzieckiem, ale szybko zrezygnowała.
Pewnego dnia poprosiłam, aby odebrała syna z przedszkola; odmówiła, mówiąc, że opiekuje się dzieckiem córki swojego męża. Potem postanowiłam odwiedzić matkę i pojechałam do niej. Drzwi otworzyła córka ojczyma, matki nie było w domu. Okazało się, że mieszka z nimi, zajmując mój pokój. Matka powiedziała mi, że przechodzi trudny okres. Dodatkowo nie spodobało jej się, że pojawiłam się bez zapowiedzi. Złościłam się: nie podobało mi się, że mieszkała w moim pokoju ze swoim dzieckiem. Pokłóciłam się z matką. Zażądałam od przybranego ojca, aby usunął swoją córkę, w odpowiedzi powiedział mi, że to nie moja sprawa, kto i gdzie mieszka, dodając, że zaprasza do siebie kogo chce.
Byłam w szoku. Przecież to też moje mieszkanie. Mąż próbował mnie uspokoić, mówiąc, żebym odpuściła, ale denerwowało mnie to, że matka wprowadziła obcą osobę, a my z mężem spłacamy kredyt.
Dwa dni temu matka zadzwoniła i powiedziała, że chce zobaczyć się z wnukiem. Odmówiłam stanowczo i powiedziałam, żeby spędziła czas w towarzystwie przybranej wnuczki. Znowu pokłóciłyśmy się.
Wczoraj zadzwoniła do mnie córka ojczyma i powiedziała, że zamierza się wyprowadzić, skoro jej obecność w mieszkaniu mnie denerwuje, bo nie chce, abyśmy z matką kłóciły się przez nią.
Nie wierzę jej; wydaje mi się, że coś knuje.



