Rodzinie nie spodobał się sposób, w jaki świętowaliśmy urodziny mojego męża. Muszą się przyzwyczaić, bo już nigdy nie wrócę do poprzedniej wersji.


Mamy dużą rodzinę z mężem: naszych rodziców, nasze siostry z rodzinami, braci z rodzinami, dziadków, babć. To tylko najbliżsi – bez kuzynów i kuzynów i ich rodzin, wujków i ciotek.

Przy tak dużej rodzinie, każda impreza zamienia się w hałaśliwe cygańskie wesele, do którego trzeba przygotować się z wyprzedzeniem. Rodzina ma tendencje do obchodzenia wszystkich świąt i uroczystości (z wyjątkiem wesel) w domu. Najpierw trzeba ustalić menu, biorąc pod uwagę gusta wszystkich gości, aby nikt nie został urażony i głodny. Potem trzeba obliczyć, ile czego trzeba ugotować, no i ile alkoholu kupić. Kiedy wszystko jest zaplanowane i lista zakupów jest gotowa, zaczyna się tournée po sklepach. Po takich dużych zakupach, jestem zmęczona, ale nie ma czasu na odpoczynek, bo trzeba brać się za gotowanie. A potem jeszcze tylko posprzątać, pomyć wszystkie miski i gary i można zaczynać świętowanie.

Oczywiście przy stole, gdy wszyscy goście się zbiorą, trzeba dobrze wyglądać i ciągle się uśmiechać. Po moich urodzinach leżałam w łóżku przez trzy dni, bo przygotowując się do nich spędziłam w kuchni prawie 48 godzin. Przygotowania trwałyby zapewne dużo dłużej, ale użyłam szatkownicy, którą kupiłam sobie niedawno, żeby nie kroić tego wszystkiego ręcznie. Sporo kosztowała, ale nie żałuje.

Mój mąż, oczywiście, pomagał, jak mógł, ale jego zdolności kulinarne pozostawiały wiele do życzenia. Był raczej pomocą kuchenną niż kucharzem; podawał, przynosił, mieszał, otwierał słoiki, sprzątał jak coś się rozsypało lub rozlało.

Pamiętam, że wtedy prawie zasnęłam podczas przyjęcia: na szczęście mąż czuwał i wsadził mi palca w bok, żebym się ocknęła. Nie bawiłam się dobrze, nie mogłam wczuć się w nastrój imprezy.
W tym roku postanowiłam nie kultywować starych nawyków i poprosiłam męża, aby świętował swoje urodziny w restauracji.

Na początku zmarszczył brwi i powiedział, że świętowanie w restauracji jest kosztowne, ale zgodził się pojechać ze mną do jednego z lokali, by dowiedzieć się, jaki byłby koszt takiego przyjęcia. Porozmawialiśmy z kierownikiem restauracji i okazało się, że wcale nie jest to dużo większy koszt, niż impreza w domu. A biorąc pod uwagę, ile wysiłku zwykle wkładam w przygotowania, uważałam, że warto dołożyć te parę zł i się nie męczyć. Mąż w końcu przyznał mi rację i zgodził się świętować swoje urodziny w restauracji.

Święto przebiegło pomyślnie, było bardzo wesoło. Wszyscy goście byli zadowoleni, jedli, pili, tańczyli. W końcu świętowanie naprawdę sprawiło mi radość, bo po raz pierwszy nie padałam na twarz ze zmęczenia. Ale moja matka i teściowa nie były zadowolone: powiedziały mi, że uroczystości rodzinne powinno obchodzić się w domu, a na dodatek mama nazwała mnie leniwą.

Szczerze powiedziawszy, mam gdzieś, co inni sądzą. Jeśli nie pasuje im taka forma świętowania, mogą nie przyjmować zaproszenia. Tak czy inaczej, zdecydowaliśmy z mężem, że od teraz wszystkie rodzinne święta będziemy obchodzić w restauracji.
A jak sobie pomyślę, że jutro zamiast zrywać się z samego rana i brać się za sprzątanie i zmywanie po imprezie, będziemy mogli dłużej poleżeć w łóżku, to uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy.

Oceń artykuł
TwojaCena
Rodzinie nie spodobał się sposób, w jaki świętowaliśmy urodziny mojego męża. Muszą się przyzwyczaić, bo już nigdy nie wrócę do poprzedniej wersji.