Dziennik osobisty Przyjaciółka z cmentarza
Czasami wieczorami siadam przy kuchennym stole i wspominam tamten dzień, kiedy mój mąż wyszedł do sklepu i już nigdy nie wrócił. Mieszkaliśmy wtedy wspólnie z jego mamą w starym bloku na Pradze, nasze dzieci biegały po klatce schodowej, a ja starałam się jakoś poukładać codzienność pod jednym dachem z teściową, która już wcześniej traktowała mnie z rezerwą, może nawet niechęcią.
Rano zgłosiłam na policji zaginięcie, ale usłyszałam, że mogę złożyć zawiadomienie dopiero po trzech dobach. Nie miałam wyboru. Od tamtej pory minęły trzy lata
Każdego dnia miałam naiwną nadzieję, że drzwi się otworzą, a on wejdzie jakby nigdy nic. Teściowa z czasem wariowała coraz bardziej. Opowiadała sąsiadom, że zamordowali go moi kochankowie i wrzucili ciało do jednego z głębokich żwirowni za miastem. Dla mnie życie zamieniło się w koszmar. Znosiłam jej obelgi, licząc, że w końcu zrozumie, jak bardzo się myli. Nic bardziej mylnego. Kamienica była stara, wszyscy się znali, plotki rosły jak śnieżna kula.
Teściowej nic nie odpowiadało każda propozycja zamiany mieszkania była z miejsca odrzucana. Trzecie piętro za wysoko, bolą ją nogi. Pierwsze za głośno, pod oknami będą rozrabiać młodzi. Drugie nie ten rejon, do sklepu daleko. Kiedy wynegocjowałam mieszkanie tuż naprzeciwko, też nie bo będzie widzieć nasze dawne okno i przypominać sobie o zaginionym synu.
W końcu byłam tak zdesperowana, że zgodziłam się niemal na wszystko. Wynajęłam małe mieszkanie na parterze, w wieżowcu, tuż przy cmentarzu na Bródnie. Ostatnie, co mogłam zrobić, to zabrać dzieci i uciec z tej toksycznej atmosfery, chociaż wiedziałam, że nie zrobiłam nic złego.
Pierwszego dnia kupiłam ciężkie, ciemne zasłony, by nie musieć patrzeć na karawany i groby za oknem. Słońca było w naszym mieszkaniu tyle, co w piwnicy zaczęła się nowa, ponura epoka.
Po miesiącu coś we mnie pękło. Gotowałam owsiankę, kiedy na klatce schodowej usłyszałam łomot. Wybiegłam na schodach leżała sąsiadka z wykręconą nogą, jęcząca z bólu. Pomogłam jej dojść do siebie, zebrałam rozrzucone w reklamówce zakupy. Kiedy usiadła, zaczęła płakać.
Chciałam pocieszyć, ale ona tylko powiedziała: To miejsce jest przeklęte. Tu wszyscy mają pod górę, same nieszczęścia.
Nie przyznałam jej racji, mówiłam, że przesadza. Przecież ja też mieszkam tu już miesiąc i jest w porządku no, tylko te codzienne dźwięki pogrzebów ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczai.
Uśmiechnęła się smutno: Sama się jeszcze przekonasz.
I rzeczywiście, jakby ktoś pstryknął palcami lawina nieszczęść spadła na moją rodzinę. Syn upuścił ciężarek na stopę gips. Córkę zaczął boleć brzuch lekarz wykrył gastritis. Ale najgorsze dopiero miało nadejść.
Tydzień później, w środku nocy, obudził mnie dźwięk drapania w szybę. Na zegarku była druga. Do okna przyciągnęła mnie jakaś dziwna siła. Odsłoniłam zasłonę i… zamarłam z przerażenia.
Na zewnątrz, oświetlona światłem księżyca, stała kobieta w moim wieku, twarz jakby sina, upiorna. Spoglądała na mnie z szyderczym półuśmieszkiem, a z wrażenia nie mogłam krzyczeć, nie mogłam się ruszyć. Po chwili odwróciła się i bez słowa odeszła w stronę cmentarza.
O świcie byłam wrakiem. Nikomu o tym nie opowiedziałam bałam się, że uznają mnie za wariatkę. Próbowałam znaleźć logiczne wyjaśnienie myślałam nawet, że teściowa wynajęła kogoś, by mnie straszyć. A może jakaś firma pogrzebowa chce wykupić mieszkanie pod sklep z wieńcami?
Niestety, historia zaczęła się powtarzać. W pracy dostałam wypowiedzenie zwolnienia, bo mam dzieci, nikogo nie interesowały. Dostałam śmieszną odprawę, wracając autobusem do domu zorientowałam się, że ukradziono mi portfel ze wszystkimi pieniędzmi.
Z trudem opanowałam łzy, zaniosłam nasze obrączki do lombardu dostałam grosze. Próbowałam sprzedać je wyżej na ulicy, nagle pojawił się mężczyzna z kartką Kupię złoto. Dał mi o 1,5 tysiąca złotych więcej niż w lombardzie. Byłam wdzięczna losowi. Prawie.
Bo wtedy podbiegł młody chłopak i upuścił rulon pieniędzy. Zawołałam za nim, ale zniknął za rogiem. Podniosłam paczkę tam były grube banknoty. Obok pojawiła się cyganka. Znaleźliśmy, dzielimy się! wyciągnęła z mojej ręki plik, zostawiając połowę i znikła. Nim się zorientowałam, już stał przede mną młody chłopak z wcześniej, w towarzystwie wielkiego łysa z kijem. Zabrali mi wszystko. I jeszcze wydzierali się na mnie, że jestem złodziejką. Nagle po prostu zostałam bez grosza.
Resztę dnia przepłakałam, nocą znów usłyszałam drapanie w szybę. Stała tam, patrzyła na mnie tym martwym wzrokiem. Czułam, jak ściska mnie w gardle, chciałam krzyczeć, ale tylko ukryłam twarz w dłoniach. Stałyśmy tak naprzeciw siebie ona za szybą, ja w środku. Odeszła na cmentarz. Rano miałam syndrom obcej osoby we własnym życiu.
Następnego dnia przyszła sąsiadka z rachunkiem za czynsz. Byłam na skraju załamania opowiedziałam jej wszystko. O śmierci, o nocnej zjawie, o bezradności. Przytuliła mnie. Po chwili powiedziała: Chodź ze mną.
Poszłyśmy na cmentarz. Pokazała mi grób z kobietą na zdjęciu to była ta sama, która przychodziła nocami pod moje okno. To ona? Kiwnęłam tylko głową.
Sąsiadka opowiedziała, że sama widziała tę postać potem straciła syna, mąż ją opuścił, zapadła na cukrzycę. Stwierdziła, że ten dom nie przynosi nikomu szczęścia.
Następnych kilka dni zjawa się już nie pojawiała. Zaczęła jednak nawiedzać mnie myśl, by odwiedzić jej grób raz jeszcze. W końcu poszłam. Strach niemal znikł, może przez pogodny dzień.
Grób był zaniedbany, zarosły trawą chyba nikt go nie odwiedzał. Sprzątnęłam wszystko, choć bałam się spojrzeć na zdjęcie. Z czasem patrzyłam na jej twarz inaczej: niewinna, ładna kobieta z wyrazistymi brwiami i smutnym spojrzeniem. Przyszło mi na myśl zapytać: Wando! (tak przeczytałam na tablicy) Czego chcesz ode mnie? Przecież nie jestem szczęśliwa, nie zawiniłam
Nie pamiętam już, co mówiłam, ale jakby z każdą chwilą robiło mi się coraz lżej. Pożegnałam się, jakbym rozstała się ze starą znajomą, z którą łączy mnie wspólna niedola.
Tej samej nocy śniła mi się Wanda. Przyszła już nie jako upiorny cień, lecz jako piękna kobieta z nagrobka. Usiadła przy moim łóżku i powiedziała: Posłuchaj uważnie, nie masz żadnej winy! Twój mąż wpadł w długi przez hazard, wywieziono go podstępem na Kaukaz do pracy przymusowej. Tam trzymają go pod narkotykami. Już go nie zobaczysz. Sprzedaj mieszkanie firmie pogrzebowej i kup nowe daleko stąd. Niedługo spotkasz mężczyznę, który pokocha ciebie i dzieci tak, jak nikt dotąd. Żegnaj.
Sen był tak realistyczny, że obudziłam się w płaczu, pamiętając każdy szczegół głos, sukienkę z broszką, zapach mokrej ziemi i liści.
Po trzech dniach przyszli do mnie przedstawiciele zakładu pogrzebowego z ofertą kupna mieszkania. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dzięki uzyskanym pieniądzom znalazłam nowe, przytulne mieszkanie na Mokotowie. Wkrótce poznałam mężczyznę, przy którym znów poczułam się szczęśliwa pokochał moje dzieci jak swoje.
Dziś, patrząc na to wszystko z dystansu, wiem, że to, co się wydarzyło, nauczyło mnie pokory i wiary w to, że po każdej burzy może wyjść słońce. Często, idąc do pracy mijam cmentarz na Bródnie i w myślach mówię: Dziękuję Ci, Wando. I nigdy o niej nie zapominam.

