Polskie losy kobiet. Opowieść o Lubawie – Ach, Lubawo, błagam cię na Boga, zabierz do siebie mojeg…

Kobiece losy. Wiesława

O, Wiesławo, na Boga cię proszę, zabierz mojego Jędrusia do siebie jęczała Dąbrówka. Serce mi mówi, że coś niedobrego się wydarzy. Wolę rozłąkę niż śmierć mojego synka.

Wiesława obróciła głowę i popatrzyła na chudego Jędrusia, który siedział na ławie przy piecu i dziecięco machał chudziutkimi nóżkami.

Siostry kiedyś mieszkały razem, ale czas nieubłaganie płynął: starsza Dąbrówka wyszła za mąż za Nikodema i pojechała do dalekiej, podlaskiej wioski. A młodsza Wiesława została przy chorej matce, która wkrótce zmarła. Ojciec umarł na suchoty jeszcze zanim córka wyszła za mąż. Matka porządnie wychowała córki. Były dobre, pracowite, zawsze gotowe nieść pomoc. Chociaż starsza była Dąbrówką, to jednak Wiesława miała w domu ostatnie słowo. Dąbrówka była łagodna jak wosk ulep, co chcesz. Tak Nikodem się w niej zakochał. Dobrą mieli rodzinę, mąż żonę chwalił pod niebiosa.

Ale Wiesławie palca do buzi nie wkładaj: zaraz całą rękę odgryzie. Wyniosła, surowa i co tu kryć dziewczyna urodziwa. Najlepsi kawalerowie z całej okolicy przyjeżdżali się o nią starać, lecz każdemu pokazywała drzwi.

Dopóki matka żyła, powtarzała tylko:
Oj, córeczko, charakter masz po prababce. Uważaj, byś i jej losu nie powtórzyła! Tak do końca życia panną zostaniesz komu będziesz potrzebna na starość?
Wiesława uśmiechała się tylko na te słowa. Z matką nie dyskutowała wiek szanowała, choć swoje myślała.

Prababka Wiesławy kobietą niezwykłą była. Całe życie bez męża, dziecko urodziła, a szczęśliwa była jak nikt. Leczyła ziołami i modlitwą. Czarów się nie imała, ludziom się nie narzucała, choć we wsi jej się odrobinę bali charakter miała ostrą. Wiesława odziedziczyła nie tylko jej upór. Znała się na ziołach, umiała zaklinać. A kogo przyzywała do pomocy, to któż wie? Ludzie różnie gadają, ona nie zaprzeczała. Chodziła po wsi z podniesioną głową, swoją wartość znała. W potrzebie nikomu nie odmawiała, dzieci leczyła, choć się jej bali, szanować musieli.

Nie rozumiem cię, Dąbrówko powiedziała Wiesława, zerkając na Jędrusia. Zdrowy chłopak, a już żałobę po nim szykujesz.

Oj, boję się, siostro odpowiedziała Dąbrówka. Nie słyszałaś, co się teraz w naszej Nowosiółce dzieje?

Nie odpowiedziała Wiesława.

Dzieci jak muchy umierają. Chore są tygodniami, a potem Pan Bóg je do siebie bierze.

A Pan Bóg to? uniosła brew Wiesława.

Sama już nie wiem… Od paru lat jakby jakaś zaraza nad wsią zawisła. Nie znajdziesz domu, gdzieby dziecko nie umarło przeżegnała się Dąbrówka.

Czego zdychają, a czemu do mnie nie przychodzili?

Kto wie? Biega dziecko zdrowe, a potem jakby coś w nim gasło. Sił ubywa, w końcu umiera. Do ciebie nie chodzili daleko, a i swojej znachorki we wsi mają Dąbrówka westchnęła.

Od kiedy mają? zdziwiła się Wiesława.

Jak do Nikodema się przeniosłam, już była.

Czemu mi nie mówiłaś?

A co mówić babka jak babka, leczy powoli, złego nie czyni, zwierzyny do życia przywróci. Tylko z dzieciakami sobie nie radzi. Ani zioła, ani szeptanki nie pomagają. A teraz, przy okazji, akurat przyszło do rozmowy. No to jak? Zabierzesz Jędrusia na jakiś czas?

A jakże, niech mały gość uśmiechnęła się Wiesława, rozczochrując głowę bratanka. Dąbrówka pocałowała synka w czubek głowy, przeżegnała i poszła do siebie.

Chodź, smyku, pokażę ci, jak rudzik gniazdko w stosie drewna założył zwróciła się Wiesława do dziecka. Jędruś rozdziawił krzywy ząbki w szerokim uśmiechu i chwycił ciotkę za rękę.

***

No, przybyłam po gościa zawołała głośno Dąbrówka, wchodząc do siostry.

Mamusia! z radością pisnął Jędruś, rzucając się w ramiona.

Minęło pół roku, odkąd Dąbrówka zostawiła synka u Wiesławy. Późna jesień smuciła niebo, barwiąc je na stalowo. Matka odwiedzała synka kilka razy w miesiącu, a każde spotkanie pełne było łez i uścisków.

Oj, kochany mój! mazgaiła się kobieta, przytulając dzieciaka. Tęskniłam, dziecko moje! Tata przebiera nogami, kiedy do domu wróci syn.

Wiesława przetarła ręce o fartuch i ucałowała siostrę.

No i jak się macie, moje dobre? zapytała Dąbrówka, nie spuszczając synka z oka.

Dobrze, mamo. Ciocia Wiesława dała mi kotka, chcesz zobaczyć? rozpromienił się Jędrek i wybiegł na dwór.

Wszystko dobrze, siostro powiedziała spokojnie Wiesława. Przyszłaś po dziecko?

Już czas. Zaraz Jędruś będzie cię „mamą” nazywał zaśmiała się Dąbrówka. I Nikodem naciska. Wróć syna.

No dobrze, odbierasz, a jak w Nowosiółce?

Nie daj Boże zapeszyć, ale wszystko dobrze. Odkąd Jędruś jest u ciebie, ani jednego pogrzebu nie było. W drzwiach pojawił się Jędruś z kotkiem.

Nazwałem go Feliks to mój przyjaciel błyszczały jego oczy.

Mysz będzie miał co robić, w stodole pełno gryzoni odpowiedziała matka. Zabieramy go ze sobą. Pakuj się, skarbie, idziemy.

Kiedy Jędruś pakował się do worka, Wiesława i Dąbrówka rozmawiały o codzienności. Starsza znowu dopytywała, kiedy siostra rodzinę założy.

Przestań, Dąbrówko obruszyła się Wiesława. Jak matka! Przyjdzie czas, to i chłopa znajdę, a póki co mam złotego bratanka, to i wystarczy. Słyszysz, Jędrek, nie zapominaj o mnie zawsze jestem, czekam.

Te pół roku zżyły Wiesławę z chłopcem, nie chciała go puścić. Śmiała się z jego psot, tuląc go do serca.

Słuchaj mnie, Dąbrówko powiedziała nagle kota pilnuj, nie krzywdź. Mój dar dla Jędrusia, niech z nim będzie.

Kiedy ja zwierzaków nie tykam krzywdą burknęła Dąbrówka. Zawsze podlałam mleka, jak trzeba.

Nie obrażaj się mruknęła Wiesława tak tylko mówię. Feliksa włóżcie w koszyk. Do domu daleko, idźcie za dnia.

Siostry się wycałowały, Wiesława pobłogosławiła bratanka i wypuściła ich z Bogiem. Życie weszło w dawne koleiny. Zima coraz mocniej nadeptywała na pięty jesieni. Dni zimowe krótkie, wieczory i noce głębokie i ciemne.

Zaspy śniegu drogi zasypały, ledwo rano furtkę otworzyć można było. Zima spowalniała wiejskie życie. Ale Wiesława zawsze robotę sobie znajdowała. Jeden przynosił niemowlę do leczenia, inny w zioła dla rodzica się zaopatrywał. Dni powoli mijały. Nadchodziła wiosna. Strumienie płynęły po wsi, ptaki świergotały. Drzwi szeroko otwarto, ciepło zaproszono!

Pewnego dnia Wiesława pracowała w ogródku, ziemię pod grządki szykowała, gdy usłyszała: Miau. Odwróciła się stoi Feliks.

Co tu robisz? zdziwiła się kobieta. Stało się coś Jędrusiowi? Kot zamiauczał, przyszedł i pocierał się głową o jej nogi. Wiesława nie zastanawiała się, zebrała potrzebne rzeczy i poszła do sąsiadki, prosząc, by pilnowała kur, jeśli nie wróci nazajutrz.

U Dąbrówki może zabawię dłużej wyjaśniła staruszce popilnuj domostwa, Babciu Gieniu. I ruszyła w drogę.

Szła skrajem lasu ptaki śpiewały, pachniało wiosną, szczęście! Ale dusza niepokój czuła, nogi przyspieszały. Zanim słońce zaczęło zachodzić, już widziała dachy wsi. Wbiegła do domu siostry, dyszała z wysiłku.

Wiesławko! zawołała Dąbrówka, patrząc na nią zalęknionymi oczami. Taka bieda, ojej! powiedziała, wciągając siostrę do pokoju.

Wiesława weszła do izby i zamarła. Na łóżku leżał Jędruś wyglądając niemal jak trup. Usta sine, skóra przezroczysta, ciężko oddychał.

Przez szloch Dąbrówki usłyszała, że chłopiec po Bożym Narodzeniu zaczął słabnąć. Z początku mimo wszystko biegał, potem tylko leżał. Przed tygodniem położył się na dobre.

Czemu do mnie nie biegłaś?! syknęła Wiesława, kładąc rękę na czole chłopca.

Sama nie wiem lamentowała Dąbrówka jakby mi drogi ktoś zamykał. Ile chciałam ruszyć coraz gorzej z Jędrusiem. Cała oblałam się potem i do łóżka z nim. Myśleliśmy, że się przeziębił, z górki wracał, w śniegach się tarzał. Potem sama padłam, tydzień leżałam. Malina i napary pomagały. Zrobiło się trochę lepiej, ale gdy Jędruś zupełnie opadł z sił, próbowałam do ciebie iść. Ale widziałaś, zima jaka! Zamiecie, zamrozy nie wyjdziesz do ogrodu, nie mówiąc o lesie.

Chodziłam do Pelagii, naszej znachorki dawała zioła, szeptała nad Jędrusiem, ale tylko gorzej było. Kot nasz Feliks zaginął jakby się po nim ziemia zapadła. Jędrusiowi tylko kota potrzeba, woła za nim, a on się nie zjawia. Pomóż, siostro! Jak Jędruś umrze, to i ja nie chcę żyć!

Ręce załamała, głową bujając.

Kot nie zginął, mnie tu przyprowadził. Zobacz, mądry kot, na czas trafił, a ty, głupia, byś przegapiła zagrzmiała Wiesława. Dąbrówka aż przestała płakać.

Jak to kot przyprowadził?

Tak właśnie zamyśliła się Wiesława. Mówiłaś, że jakby ci ktoś grodził drogę?

Tak, Wiesławko. Jak myślę, by wyruszyć, Jędrusiowi gorzej, cały się trzęsie, ja z powrotem do niego.

Powiedz mi Nie jadł czego w cudzym domu? zapytała młodsza.

Jakże nie! Kolędnicy chodzili domami w Boże Narodzenie.

Po wszystkich domach był?

Wszędzie. Szczególnie babcine pierogi Pelagii chwalił.

Wiesława spojrzała na bratanka. Twarz miała pochmurną, zwęziła oczy.

Siostro, idź po Pelagię, niech jeszcze raz poszepcze nad Jędrusiem. Ale nie mów jej, że tu jestem. Chcę zobaczyć, co zrobi.

Dąbrówka nie dyskutowała, ubrała się i wyszła. Wiesława wyjęła ze swego woreczka dwie wielkie igły i ukryła się w kuchni, by jej nikt nie widział. Po chwili Dąbrówka wróciła z Pelagią.

Och, Dąbrówko, pomóc tak bym chciała, ale nie umiem, musi mnie Pan Bóg czegoś uczyć, gdy dzieciom nie mogę ulżyć śpiewała łagodnie Pelagia. Rozebrała się i zniknęła w pokoju. Wiesława podeszła, dwie igły nad drzwiami na krzyż wbiła i ponownie ukryła się w kuchni.

Po czasie Pelagia zaczęła się żegnać. Podeszła do drzwi… stanęła. Próbowała wyjść, nie mogła. Udawała, że jeszcze raz nad dzieckiem poszepce, wracała i znowu przy drzwiach stawała. Spocona, coraz bardziej zdenerwowana.

Co ci jest, Pelagio? zapytała Dąbrówka.

Źle mi coś… kręciła głową znachorka.

Odprowadzę cię, przyniosę wody.

Dąbrówka poszła do kuchni, gdzie Wiesława wyszeptała jej polecenie, by staruszkę przyprowadziła do drugiego pokoju. Gdy obie zniknęły, Wiesława zdjęła igły. Po minucie Pelagia poszła do drzwi, z ulgą wybiegła.

Dąbrówka wróciła do Jędrusia, a tam Wiesława obok chłopca z woreczkiem.

Pajęczyco stara mamrotała Wiesława pod nosem wymyśliła sobie mordowanie dzieci… Ja ci pokażę! Z uplątanych trzech świec zrobiła wianek i ustawiła nad głową bratanka.

Co ty robisz, Wiesławo? Nie rozumiem! zdziwiła się Dąbrówka.

A to, że wasza Pelagia winna śmierci tych dzieci… Dzieci są pełne życia, a ona już staruszka, brak jej sił, więc je kradnie! wyjaśniła młodsza. Dąbrówka aż włosy na głowie poczuła jak igły.

Wyjdź teraz, Dąbrówko, zajmij się mężem. Wieczorem pomóż mi dojść do łóżka, oddam Jędrusiowi swoje siły, wyrwę go z rąk czarownicy.

Dąbrówka łzy polała i wyszła.

Wiesława zapaliła świece, wyszeptała modlitwę i okryła chłopca sobą, jak kura pisklęta. Ile czasu to trwało nie wie, ocknęła się przy lekkim dotknięciu. To Dąbrówka pomogła siostrze położyć się. W domu panowała cisza, ciemność nocy. Lampka przed obrazem migotała, rozlewając miękkie światło.

Gdy Wiesława zasnęła mocnym snem, wiedziała, że bratanka uratowała. Rano dom wypełnił się ciepłym zapachem chleba, śpiewem Dąbrówki. Gdy zapytała o Jędrusia, siostra rzuciła się jej w ramiona, całując.

Dziękuję, Wiesławko, za ratunek! Dziecko moje zjadło śniadanie, czuje się lepiej.

Wiesława zagląda do Jędrka na jego policzkach rumieńce. Życie wracało.

Zostanę kilka dni, Dąbrówko. Muszę pomyśleć, jak obnażyć waszą Pelagię.

***

Źle mi, babciu… szeptała Wiesława, odwiedzając chatę Pelagii. Czarna złość mnie zżera, patrzeć nie mogę, jak ta żmija mojego ukochanego odbiera…

Przyszła niby po pomoc, by tylko wybadać sposób, w jaki stara wysysa życie z dzieci.

Taaa, ja czarnych rzeczy nie czynię niewinnie broniła się Pelagia. Pomagam ludziom…

Pomóż i mnie nalegała Wiesława. Kocham do szaleństwa, a ona chce odebrać. Zapłacę złotem. Nienawidzę jej, oddam wszystko!

Dobrze zgodziła się Pelagia. Widzę, dusze mamy podobne, niech niesprawiedliwość nie zwycięży. Tylko nikomu nie mów! Za posługę chcę tylko, byś dzieciom w swojej wsi rozdała moje chlebki.

Po co? zapytała Wiesława.

Nie twoja rzecz syknęła staruszka. Zastanów się, jak szkodę zrobimy…

Po chwili spytała:
Może podstawimy jej trupa?

Jak? udawała Wiesława nieświadomą.

Dam chleb święty każdy z nich ma związek z duszą zmarłego. Mam z nimi układ. Ja daję im żyjących, żeby siłę wysysali, a oni mnie służą i lata przedłużają.

Wiesława wzięła chleby, zostawiając czarownicę w przekonaniu, że wykona zadanie.

W domu Dąbrówki, rzuciła chleby na stół:

Patrz, czym wasza znachorka dzieci częstuje!

Chleb… szepnęła Dąbrówka przecież to nie grzech.

Sam chleb nie, ale te są żałobne, nagadane na dusze zmarłych wyjaśniła Wiesława. Dąbrówka przykryła usta dłonią.

Ale jakże tak? dopytywała Dąbrówka.

Ma z demonicą układ wyjaśniła młodsza. Ona daje im dzieci, one dają jej wieczność.

Dlaczego dzieci? szepnęła zgorszona Dąbrówka.

Bo czyste, pełne życia tłumaczyła siostra.

Chleby trzeba zniszczyć, ale tak, by duchy pożarły ją dodała Wiesława. Ale to potem….

Pokruszyła chleby i dała kurom.

Nazajutrz Dąbrówka przyniosła wiadomości od sąsiadki nad studnią:

Rano Pelagia była czarna jak smoła, postarzała o ćwierć wieku. Tylko wrzeszczała, by jej się nie żałować.

Trafiłam ucieszyła się Wiesława. Przyszły diabły po nową porcję, ale nie było kogo podkarmić, to zjadły gospodynię. Dąbrówka aż przeżegnała się z przestrachu.

Siostro, mnie serce ściska od twoich słów wyznała Dąbrówka. Przecież to żywe stworzenie…

Oj, Dąbrówko zakręciła oczami Wiesława takaś jak nasza matka! Nawet diabła byś pożałowała.

Dosyć tego, czas robotę dokończyć. Przez chwilę nie wchodź, idę działać.

Zasłoniła okna, zapaliła dwie świece, wyjęła stary, zardzewiały zamek, siadła przy stole i szeptała:

Kto powie zginie,
Kto zrobi w proch.
Na zamek zamykam moce,
Co w twoich rękach były.

Wieczorem Wiesława poszła do domu czarownicy.

Babko Pelagio, jesteś? zawołała. Cisza…

Weszła podłoga trzeszczała.

Kto tam? rozległo się z izby.

Wiesława odpowiedziała.

I czego chcesz? Źle mi, nie mam na nic sił.

Cóż, diabełków ciężko karmić. Kpiąco spojrzała.

Pelagia rzuciła się z łóżka.

To ty, wstrętna! Przez ciebie diabły mnie męczyły całą noc, mało ducha nie wyzionęłam!

Ducha? parsknęła Wiesława. Miałaś ty w ogóle duszę? Pajęczyco przeklęta, ile dzieci zgniotłaś? Chciałaś wieczności? No to masz wiecznie, lecz w piekle!

Odwróciła się do wyjścia, a Pelagia wyskoczyła na ganek, albo na przeklęcie się siliła.

Przeklnę cię! Diabły na ciebie zwalę!

Myślisz, że tylko ty masz moce? Spójrz na klamkę co tam wisi?

Pelagia spojrzała zamek.

Wydarła się, za głowę się złapała. Zrozumiała, że na zamknięcie sił zaklęcie padło.

Myślałaś, że na zawsze będziesz trawić dzieci i oszukiwać śmierć? zimno syknęła Wiesława i odeszła niewzruszona, choć słyszała za plecami jęki klątwy.

***

Minęły dwa miesiące. Jędruś prędko wrócił do sił.

Pelagia miesiąc potem umarła. Gdy przestała karmić demony, wzięły ją samą. Umarła w mękach i krzykach. Wiesława została jedyną znachorką na kilka wsi. Nie korzystała z ciemnych sił: ludzi i zwierzęta leczyła, żadnej krzywdy nie wyrządziła. A choć męża znaleźć nie mogła, nie rozpaczała taki już los, taki charakter, nie dla każdego.

Wiesławo, mogłabyś w końcu utemperować swój ogień! wzdychała Dąbrówka. Może byś rodzinę miała, dzieci…

Bez ognia z czartami nie wygrasz, Dąbrówko śmiała się Wiesława. A dzieci… Pewnie tak miało być. Cmoknęła w czubek ukochanego bratanka.

Jędruś, gdy wyzdrowiał, do ciotki biegał w odwiedziny, czasem na całe tygodnie zostawał. Oddawał jej dziecięcą miłość hojnie, choć może nie umiał ubrać jej w słowa.

Oceń artykuł
TwojaCena
Polskie losy kobiet. Opowieść o Lubawie – Ach, Lubawo, błagam cię na Boga, zabierz do siebie mojeg…