Kobiece losy. Mariola
Odeszła babcia Anastazja i zupełnie już Mariolę smutek ogarnął. Bo, według teściowej, dziewczyna nie zaskarbiła sobie miejsca w domu. Za chuda, za słaba do pracy, nie wiadomo nawet, czy będzie jeszcze z takiej dzieci
Mariola wszystko znosiła, a gdy już dusza nie wytrzymywała, biegła do swojej staruszki. Babcia była dla niej najdroższą osobą na świecie. Zastąpiła matkę, która zmarła na suchoty po dziesięciu latach tułaczki, i ojca, który przepadł nie wiadomo gdzie.
Jak Dariusz, syn miejscowego gospodarza, spojrzał na sierotę, tylko Pan Bóg wiedział. Przystojny, rosły, dom pełen dostatku, a tu patrz zakochał się w dziewunie bez grosza i nazwiska. Właśnie tak za plecami nazywała synową jego matka, Apolonia.
O, jak się Mariola starała przypodobać teściowej! Kręciła się jak w ukropie, roboty się nie bała. Ale i tak nie była jej w smak.
Jeszcze kiedy Darek był w domu, jakoś szło. Gdy tylko jechał do sąsiedniej wioski za sprawami, najchętniej by z domu uciekła.
Cierpliwości, Mariolciu powtarzała babcia, głaszcząc wnuczkę po głowie przecierpisz, to się odmieni.
Ale nawet babci już nie ma, czas płynie, a Apolonia coraz bardziej nienawidzi synowej. Planowała już inną żonę dla syna ładną, z bogatej rodziny. Dostatku starczyłoby i dla prawnuków. Ale nie! Wszystko przez ten charakter twardy jak ojca. Raz powie, to jakby nożem uciął. Chłop gospodarz pan!
Dariusz naprawdę był gospodarzem z powołania. Po śmierci ojca wszystko w swoje ręce objął, nawet pomnożył majątek. Matkę szanował, ale potulny cielak to z niego nie był. Słowo jego święte było!
Mariolkę kochał do zawrotu głowy. Gdy ujrzał ją pierwszy raz delikatna jak trzcina, jasna twarz, ogromne niebieskie oczy, zadarty nosek przepadł! Wszystko u jej stóp chciał położyć.
Nie bogactwo ją przekonało, lecz miłość. Widziała, że chłopak ma serce czyste jak łza. I ona zakochała się bez pamięci.
Wiedziała, co o matce jego mówią. Słyszała o jej charakterze, o skąpstwie. Ale widząc, że Darek potrafi się postawić, zgodziła się na oświadczyny.
Zamieszkała w chłopskiej chacie męża. Wszystkie docinki teściowej znosiła w milczeniu. Gdy już zupełnie nie mogła znieść płaczu duszy, biegła do babci, ukojenia szukać.
Siadała na podłodze, głowę kładła na kolanach staruszki i zanosiła się szlochem jak zbity szczeniak. Ciepłe dłonie plątały się w jej włosach i głaskały czoło, staruszka szeptała modlitwę do Matki Boskiej o opiekę nad sierotą. Siedziały tak godzinkę, a potem smutek odpływał i znowu chciało się żyć.
Aż nie było już do kogo uciekać. Babcia odeszła cicho, spokojnie położyła się spać i już się nie obudziła.
Wyła Mariola jak bóbr, całkiem sama została na świecie.
Złudna jest pociecha w czasie mówią, że leczy, a nie leczy. Zapomnisz niby wszystko, a jak tylko serce zaboli, wspominasz czułe ręce i jeszcze mocniej płaczesz.
Czas płynął, w domu Darka coraz goręcej Apolonia wyżerała synową dzień po dniu. Trzeci rok już pasożytka siedzi, a wnuków, dziedziców, jak nie było, tak nie ma.
To był temat, który Marioli śnił się po nocach jako najgorszy koszmar. Wiedziała, jak teściowa szeptem do syna powtarzała, że żona niezdolna dzieci rodzić, na pewno jakaś przeklęta.
Darek machał ręką, ale ludzie swoje plotki w wiosce, że jak tak dalej pójdzie, to ród wraz z nim w grobie spocznie.
Posępniał, ale jak do domu wracał i widział swoją dziewczynę, od razu mu wszystko przechodziło. Gotów by ją nosić na rękach.
Może Bóg usłyszał modlitwy Marioli, może prawdziwa miłość czyni cuda przyszło dziecko.
O, jak się wtedy Apolonia wściekła! A Darek kochał żonę jeszcze bardziej.
Teściowa krążyła po domu jak czarna wrona. Ledwie Mariola przysiądzie, zaraz zjawi się Apolonia.
Siedzisz, darmozjadko?! Myślisz, że jak ci brzuch rośnie, to pracy nie trzeba?! sapała, odstawiając ręce na biodrach.
Ależ, mamusiu, tylko na chwilę przysiadłam, całe rano już krzątałam się po gospodarstwie cicho tłumaczyła młoda.
Krzątała się, psiakrew! U nas sług nie ma. Wodę trzeba przynieść, mąż wróci wiadra puste. Jak niemocna, droga wolna, nie potrzebuję chorowitej synowej!
Bez słowa podnosiła się Mariola, brała nosidło, wiadra i szła do studni. Dźwigała ciężary, a stare sąsiadki zza płotu tylko patrzyły i kiwały głowami: Apolonia całkiem rozum straciła. I w ciąży, a nie odpuści!
W końcu urodziła synka. Ale szczęścia długo nie zaznała. Chłopiec słabowity, ledwie miał sił nabrać czasem siniał, oddechu nie łapał i omdlewał.
Sama jesteś niczym chodząca choroba, i dziecko takie samo rzucała Apolonia, patrząc na wnuka z obrzydzeniem.
Ale jak to, mamusiu, to przecież krew wasza, dziedzic dla Darka płacząc, tłumaczyła Mariola.
Dziedzic?! Chyba do trumny dociągnie! syknęła teściowa. Zaraz będziesz trumienkę zbijać.
Mariola płakała jak bóbr po tych słowach, a Apolonia tylko się cieszyła. Myślała: jak naprawdę dziecko umrze, Darek porzuci żonę, przyjmie tę właściwą, zdrową, z tłustą posagiem!
Dariusz wracał z pól, żałował żonę. Dawał jej spać, prace za nią wykonywał. Brał syna w potężne dłonie na dłoni ledwo się mieścił, a maluch jakby czuł ojcowską opiekę i już cicho mruczał pod nosem.
A co tam, choć chorowity, to nasz wszystkim jeszcze pokażemy! myślał Darek.
Przyszły chrzciny. Chłopakowi nadali imię Wacław. Ale nic się nie zmieniało dziecko wciąż słabe, nie przybierało na wadze.
Pewnego dnia przyszła do Darka robota musiał ruszyć w daleką drogę do innej wsi. Przegarnął żonę, ucałował syna.
Długa droga, szybko nie wrócę rzekł, głaszcząc żonę po głowie. Wychowuj Wacława, nie przejmuj się, nie słuchaj innych
Apolonia aż się wtedy rozwinęła. Zapachniało jej, że dziewczyna zostanie bez obrony.
Mariolę powinno było trzymać przy dziecku, chronić syna, ale gdzie tam!
Teściowa zamęczała ją od świtu do nocy. Woda, drwa, bydło, wszystko na głowie. Nocą chciałaby spać, ale Wacek grymasił, więc połowę nocy nie spała, rano do pracy.
Mariola żyła na wykończeniu. Dziecko jakby czuło słabość matki, chudło, coraz bardziej siniało.
Jesień już panowała na dobre. Plucha, chłód, powrót męża konieczny, a on wciąż nie nadjeżdża.
***
I dobrze robi! rzuciła Apolonia pewnego razu. Do chorych nie warto wracać! Może gdzie indziej znajdzie sobie lepszą!
Ach, jaka czarna rozpacz ogarnęła Mariolę! A co, jeśli teściowa ma rację? Może Dariusz już jej nie chce
Apolonia wyczuła, że trafiła w czuły punkt. Dzień w dzień sączyła zwątpienie w duszę dziewczyny.
Nie żal ci Darka? spytała raz. Chłopak zaraz dziecka straci, sama zrozpaczona zginiesz i pogrążysz mojego syna w smutku! Odlatuj, Mariolu, odpuść Dariuszowi.
Jak mam odejść, mamusiu? Z niemowlęciem, zima tuż, Wacek niezdrowy, przeziębi się, gorzej będzie
I co z tego? rzuciła zimno. Niewielka strata. I tak zaraz odejdzie do Boga, a dla Darka będzie lepiej nową rodzinę założy, dzieci zdrowe spłodzi.
Patrzyła Mariola, nie wierzyła własnym uszom. Czy to możliwe, by matka tak przemawiała? Czy nie zrozumie, jak to rani?
Słysząc, jakby na potwierdzenie, niemowlę zaniosło się płaczem, zsiniało, wywróciło oczka, zwiotczało.
Pomyśl, Mariolo, na cudzym nieszczęściu nie zbudujesz szczęścia rzuciła sucho teściowa i zostawiła dziewczynę samą.
Minęły kolejne dwa tygodnie. Spadł pierwszy śnieg, zawiały zimne wiatry. Mariola umęczona, wychudzona, czasem już potrafiła odpowiedzieć teściowej, kiedy ta ją obrażała. Ale co z tego, skoro nie mieszkała w swoim domu i nie miała przy sobie męża? Słowa Apolonii, że jest niepotrzebna, jakby wżerały się w serce. O Dariuszu wieści nie było.
I nie przychodziło jej do głowy, że z ukochanym mogło coś się stać. Teściowa tak zamąciła jej w głowie, że tylko siebie winiła za to, że Darek nie wraca.
Sama nie żyje, i mężowi nie daje mamrotała Apolonia.
To była kropla przepełniająca czarę.
Mariola w milczeniu spakowała parę rzeczy w tobołek, owinęła Wacława w ciepłe chusty i wyszła z domu.
Apolonia patrzyła za nią, nie ruszając się obawiała się spłoszyć zamiar synowej. Miała już nowinę, że choć napadli rozbójnicy na tabor syna i go okaleczyli, to Dariusz przeżył. Leczył się w szpitalu w Krakowie. Ale dla Marioli to nie była informacja konieczna niech myśli, jak Apolonia zechce. Gdy wróci syn, już ona mu zaśpiewa, że Wacek umarł, a żona ze zgryzoty straciła rozum i odeszła. A że Mariola odeszła wieczorem, sąsiadki się nie dowiedzą.
Rano sama rozpuściła wieść we wsi że Mariola oszalała po śmierci dziecka i z małym zniknęła w nocy, nie wiadomo gdzie. O, jak płakała, jak błagała, ale synowa nie słuchała. Widać, całkiem jej rozum odebrało mówiła. Poszeptali ludzie, dzień, dwa, potem zima przyszła, kto tam po śniegu chodził, wszystko ucichło…
***
Szła dziewczyna długo, przez pola, wzdłuż lasu. Bała się, że spotka niegodziwych ludzi. O siebie się nie bała, serce miała już wypalone o synka się lękała.
Na szczęście nikt jej nie spotkał. Poranek rozbłysnął, w oddali zobaczyła wiejskie dachy. Nie liczyła na gościnę, może chociaż kromkę chleba i wodę dadzą, a przez godzinę pozwolą malca ogrzać.
Z kominów bił gęsty dym, ulice wyludnione to nie lato, kiedy rolnicy na polu. Zimą rzadko kto z chaty wychodzi, może tylko po wodę.
Szła Mariola przez wieś, aż dotarła do studni. Usiadła na ławce.
Zobaczyła kobietę z wiadrami wysoka, mocna, policzki zaróżowione od mrozu, spojrzenie surowe. Od tego wzroku Mariola się skuliła.
Kobieta nalała wody, przystanęła.
A ty czyja jesteś? Zsiniałaś cała, zmarzłaś?
Nie czyja ledwie szepnęła Mariola tylko przejazdem, do sąsiedniej wsi idę skłamała.
A tam do kogo? kobieta zmrużyła oczy.
Do ojca, mieszka tam dorzuciła kolejną bajkę.
W taką pogodę i psu by dachu nie poskąpili, a ciebie z dzieckiem pędzą?
Nie wytrzymała Mariola rozpłakała się, zamarzłymi rękami zakryła twarz. Kobieta tylko westchnęła.
Dawaj, wstajesz, idziemy do mnie kazała, pomagając jej wstać.
W chacie było ciepło, z pieca rozchodził się zapach ziół. Mariola osunęła się na ławę przy piecu i dopiero teraz poczuła zmęczenie. Kobieta zdjęła z niej płaszcz, wzięła dziecko z rąk.
Jestem Aniela przedstawiła się, odwijała dziecko z pieluszek. Jezus Maria, jaki malutki! Był już chrzczony?
Ochrzciliśmy, Wacław mu na imię wyszeptała i osunęła się na podłogę tracąc przytomność.
Nie wiedziała, jak długo leżała nieprzytomna. Gdy się ocknęła, była w obcej pościeli, w chacie cisza. Zerwała się, syna nie widzi, nie ma też kobiety. Szuka w panice.
Wreszcie drzwi się otworzyły z wichurą i śniegiem weszła Aniela.
Przebudziłaś się? A dokąd to biegniesz?
Gdzie mój synek? zapytała z trwogą.
Durnaś ty, dziewczyno. Spokojnie siedź. Trzy dni bez przytomności leżałaś, bredziłaś. A Wacława zniosłam do lasu, do mojej mamy.
Ale po co?! zamarła ze strachu Mariola.
Dla zdrowia odparła krótko. Opowiadaj, jak się tu znalazłaś.
Usiadły przy stole, Aniela nalała jej ziołowego naparu. Wyspowiadała się Mariola ze wszystkiego: o miłości wielkiej, o teściowej, co nienawiścią paliła. O synku chorowitym. O bólu roztrzęsionym słowami.
Aniela słuchała w milczeniu.
Niezbadane są wyroki Boże powiedziała w końcu. Ale nie lękaj się, Mariolu. Syn twój wyzdrowieje, ciebie los pod górę poprowadzi, skoro już do mnie trafiłaś. Droga twoja jeszcze się nie skończyła, ale póki masz światło w sercu, znajdziesz wyjście z każdej ciemności.
Chciałabym do synka, ciociu Anielo
Zaprowadzę cię, ale wrócimy same, jego nie zabierzesz.
Dlaczego mnie straszysz? Jak mam zostawić synka?! zawołała.
Ubieraj się i chodź, wszystko zrozumiesz.
Ruszyły do lasu. Wąska ścieżka, kręte dukty. Aniela zaczęła mówić:
Przypadkiem przy studni byłam, zwykle całą zimę z matką w lesie, na wiosnę wracam do wsi. Ale nie mogłam wytrzymać i dom przyciągnął mnie strasznie. Widocznie Opatrzność cię do mnie skierowała.
Wyszły na polanę, izba mała, dymiący komin.
W izbie przywitała ich stara kobieta.
Wejdź, dziecko. Spójrz na maleństwo, śpi w kołysce pokazała.
Rzucona w kąt wisząca kolebka, a tam leżał Wacek: rumiany, jakby zdrowszy niż kiedy mieszkał z teściową.
Rumiany, rumiany zaśmiała się staruszka, jakby myśli dziewczyny czytała.
Siadaj, posłuchaj odezwała się. Babką Agatą mnie zwą. Ludzie mają mnie za czarownicę i uciekli ode mnie do lasu, żebym nie pohamowała.
Otworzyła oczy Mariola, bała się oddechu.
Nie bój się. Ludzie gadają, nie wiedząc nic. Twoja teściowa to dopiero wiedźma, a co niedziela do kościoła śmiga.
Słuchała Mariola i bała się przyznać, że ta kobieta widzi całą jej przeszłość.
Sporo jest, czego nie pojmujemy. Na przykład wiesz, czemu syn twój taki słaby?
Mariola milczała, a staruszka mówiła dalej.
Sama winnaś! Bo ciężarnym na groby nie wolno chodzić, a ty co rusz do babciowej mogiły! I podłapałaś marę. Gdy urodziłaś, przeszła na dziecko i życiodajną siłę mu wysysa, aż się dusi.
Dziewczyna osunęła się na ławę, blada jak płótno.
Uspokój się dodała Agata. Wszystko da się naprawić. Wacek zostanie tu na kilka dni, chorobę od niego zdejmę.
Pogłaskała Mariolę po włosach poczuła rozganiające się chmury w duszy, jakby siedziała u swojej ukochanej babci.
Pakuj się, czas wracać zarządziła Aniela.
Po tygodniu babka Agata oddała jej synka zdrowego różowy, śmiejący się, jak aniołek.
Mariola zamieszkała u Anieli, nie była ciężarem, pomagała w domostwie.
Czemu babka Agata do lasu uciekła? spytała raz.
Dawno temu to było zaczęła Aniela. Mama wszystkim pomagała, nic nie chciała w zamian. Ale gdy dwa niemowlęta naraz umarły we wsi, wszyscy obarczyli ją winą. Przyszli pod dom z widłami. Lekarz potem orzekł, że dzieci z przyczyn naturalnych, bo matki stare, dzieci nie pierwsze. Ale winę przesądy zrzuciły na Agatę. I odkąd w lesie zamieszkała, dzieciom tylko pomaga dorosłych nie przyjmuje. Rodzice zostawiają chore dzieci w kolebce pod chatą, ona je leczy. Jeśli stawia dziecko za próg po trzech dniach, znaczy będzie żyć. Jak nie, znaczy zbyt słabe.
Jak ona leczy dzieci? spytała Mariola.
Lepiej nie wiedzieć uśmiechnęła się Aniela. Ale diabłów nie woła, nie martw się.
W tym czasie w rodzinnym domu Marioli działy się rzeczy. Dariusz wrócił. Wszedł do domu i nie poznał go pusto, zimno, wszystkich śladów po żonie brak.
Przebacz mi, synu lamentowała Apolonia nie dopilnowałam, Mariola z synkiem przepadła. Trzy dni po twoim wyjeździe Wacek umarł, a żona oszalała, zabrała dziecko i wybiegła w noc. Szukałam, biegałam, wszystko na nic.
Dariusz słuchał i wciąż w myślach tylko zginęła, zginęła
***
Nie jadł, nie pił, chodził jak cień. Zima minęła w zawieszeniu. Przemógł się, bo gospodarstwo wymagało rąk. Ale rana nie goiła się w sercu.
Matka namawiała go i swaty prowadziła. W końcu, gdy raz znów zaczęła, ryknął na nią tak, że aż zlękła się.
Zabronił wspominać o żonie i rodzinie.
Dni stały się mdłe jak woda. Darek zamknięty, posępny, robotą się zamęczał. Rok minął, drugi dobiegał końca, matka patrzyła na syna i dreszcz ją przechodził. Żywy, a jakby martwy.
Siedzieli we dwoje w wielkiej chacie. Niby syn był, ale jakby nie było nikogo.
W sąsiedztwie dzieci się bawiły, kobiety krzyczały do wnuków, a Apolonia jak opętana przechadzała się we wsi, gryząc się z zazdrości.
Nie takiego końca się spodziewała. Ciężka jak kamień wina przygniotła jej serce. Przyznała się w duchu, że zniszczyła życie synowi. Wiedziała, że już nic nie naprawi. Ze strachu przed prawdą przestała spać, serce coraz częściej zawodziło. Schorowana, na łóżku legła, Dariusz sprowadzał lekarza z miasta nie pomógł. Nie ma ziół, które leczą duszę.
Na końcu lata Apolonia zmarła. Odeszła, nie powiedziawszy synowi prawdy o tym, co się stało tamtego wieczora.
Darek został sam. Dni jeszcze jako-tako znosił, ale nocą włóczyły się po głowie najgorsze myśli. W końcu postanowił: gdy minie czterdziestodniowa żałoba po matce, zrobi ucztę dla sąsiadów, a potem i on odejdzie
***
I czego przyszłaś? Za życia nie miałaś sumienia, to i po śmierci nie będzie! warknęła babka Agata, podnosząc się sprzed paleniska i patrząc w kąt, gdzie unosił się czarny cień.
Cień płakał, zawodził cicho.
Nie chce mi się z tobą gadać kontynuowała wiedźma sama to wszystko spowodowałaś, sama przyjmij skutki!
Cień szeptał: Nie zobaaczy…
Sama wiem, że nie zobaczy! Przecież ona nie wróżka, tylko biedaczka, tyle od ciebie wycierpiała.
Nienawidz… nie dla siebie…
Jasne, nie dla siebie. O duszy trzeba było myśleć za życia! No dobra, pokaż już.
Cień wypełnił izbę. W oczach staruchy przesunęły się obrazy Darek przy bagnie, za nim czarne zjawy, czekają aż kolejna dusza na zatracenie pójdzie.
***
Mariolo, pojechałabym nazbierać żurawiny dla mamy, dzieci na zimę zdrowia więcej będą miały zagadała Aniela.
To ja pójdę, dla dzieci zawsze warto się postarać odpowiedziała Mariola, uśmiechając się do bawiącego się Wacka. Jutro rano pójdę, jeśli z synkiem zostaniesz.
Pewnie, zostanę przytuliła chłopca Aniela takie szczęście bawić się z takim aniołkiem. Bóg dał ci mnie na drogę.
Matka Boska mi pomogła! Gdyby nie pani tam przy studni, może już bym wśród żywych nie była. Jesteście mi jak rodzina, ciociu Anielo, na zawsze będę wdzięczna
***
Czterdziesty dzień po śmierci matki, jak nakaz prawił kutia, bliny, na cmentarzu byli, żałobę odbyli. Po stypie wieśniacy się rozeszli; został sam. Odczekał, ruszył w las, ścieżki nie dostrzegał, widzenia miał o całym życiu. Mariola, ukochana, Wacek na dłoniach, matka, ojciec. Właściwego szczęścia nie zaznał o żonę nie zadbał.
Czuł czerninę w duszy, chciał już końca. Szedł w leśne mokradła, zabrnął coraz dalej; głowa spuszczona, nogi otulone błotem, nie stawiał oporu. Ale wtedy usłyszał śpiew, delikatny, dziewczęcy, znany głos.
Biały cień błysnął pomiędzy drzewami; głos coraz bliżej.
Mariolu… idę do ciebie, ukochana wyszeptał.
Głos umilkł, widzenie zamarło.
Dariusz! rozległ się krzyk zza drzew i oto na mokradło wyszła Mariola. Stała, otumaniona, nie wie, czy wierzyć oczom: mąż jej, po pas w bagnie.
Darisz oniemiał:
Śni mi się? Skoro za życia nie mogliśmy być razem, to przyszłaś po mnie po śmierci?
Uśmiechnął się myślał, że widzi widmo ukochanej.
Mariola oprzytomniała.
Co ty, Dariusi, jeszcze żyję!
Zamarł Dariusz, uśmiech zgasł. Żyjesz powtórzył, dotarło do niego, że przed nim ukochana. Chciał się wydostać, ale błoto nie puszczało, oplatało nogi jak liny.
Widząc to, Mariola rwała gałęzie, poranione dłonie, płakała i śmiała się naraz. Wreszcie wyrwał się z mokradła, objął ją, całując brudną twarz. Łzy płynęły strumieniem.
***
Kiedy dowiedział się, że żona żyje i Wacek zdrowy, od szczęścia oszalał Dariusz. W chacie świętowano długo, musiała Aniela naparem uspokajającym go poić.
Wypowiedzieli razem wiele słów i o bólu, i o złu wycierpianym. Dariusz nawet na chwilę nie wypuścił ręki Marioli z uścisku.
Potem usłyszał jej historię o czarnej rozpaczy, o utracie sił i chęci do życia.
Szybko złe się zapomina, gdy dzień w dzień otaczają człowieka miłość i troska. By reszta złych wspomnień zatarła się na zawsze, postanowił Dariusz już na stałe przenieść gospodarstwo do tej wsi, która stała się Mariolce domem.
I zostali przy cioci Anieli. Obca z krwi, a bliższa niż matka.
***
Zarastała chwastami mogiła Apolonii. O wspomnieniach ludzie zapominali. Czy znalazła ona spokój, nie wiadomo czy dusza jej go dostąpi, skoro własne dziecko i tyle innych przez zachłanność unieszczęśliwiłaA ludzie, choć początkowo dziwili się jak to tak, porządny gospodarz do obcych ludzi ucieka?, szybko przywykli do nowej rodziny. Dawne gadanie o klątwach i marach ucichło, jakby nigdy nie istniało. Dariusz z Mariolą dźwignęli kawałek ziemi, Anieli pomagali, dzieci się im rodziły zdrowe, rumiane, jak las w pełni lata pachnący. Wacław rósł silny, o tamtych chorych czasach już nikt nie wspominał.
Zimą przychodzili czasem sąsiedzi na ogień i opowieść, a wtedy Aniela z Mariolą rozczesywały dziecięce włosy, a Dariusz bawił się z najmłodszymi. Śmiech rozbrzmiewał, a w izbie ciepło biło ze wszystkich serc tak, jakby cały świat do środka się zagarniał.
Na rozstaju dwóch ścieżek, tam, gdzie las się rozstępuje i w polanę zamienia, Mariola sadziła zawsze kwiaty białe malwy, polne róże, rumianki, aby nikt nie zabłądził w mroku, nawet ten, co z duszą na ramieniu wraca do domu. Bo wiedziała, że dzień każdy może przynieść burzę, ale nawet najciemniejsza noc kończy się blaskiem.
A kiedy już dzieci spały, wspominała Mariola cicho modlitwę babci Anastazji i szeptała ją Wacławowi, by nigdy nie zapomniał, że w życiu najważniejsza nie jest siła rąk, lecz światło, które pielęgnuje się w sercu, i odwaga, by mimo całego świata pójść za miłością choćby i przez najgłębszy las.
I tak los Marioli, który wydawał się nigdy do szczęścia nieprzeznaczony, rozkwitł jak jabłoń na wiosnę: prosty, lecz uparty, piękny swym codziennym trudem i czułością. A wieczorami, kiedy dym z komina wznosił się ku gwiazdom, można było przysiąc, że nad chatą śmieje się cicho ta stara babcina dusza, dumna, patrząca z wysoka, że jej miłość przetrwała niejedną zimę.

