Po stracie mamy bardzo się zmieniłam. Zachowywałam się jak opętana, dzieci i mąż bali się do mnie podejść

Tego wieczoru byłam bardzo załamana, wydawało mi się, że w jednej chwili zawalił mi się cały świat. Mąż rozumiał, jakie to dla mnie trudne, starał się mnie wspierać na wszelkie możliwe sposoby. Ale po jakimś czasie miał już dość i zaczął zarzucać mi, że nie myślę o przyszłości dzieci.

 

Bo czego nauczą się od matki, która tak się zachowuje? Szczerze mówiąc, nie interesowało mnie to wtedy.

Mamy dwoje dzieci. W tym czasie córka Julia miała cztery lata, a syn Kubuś zaledwie rok. Mały nie chciał nocą zasypiać, ciągle tylko płakał. Mąż wracał z pracy o dziewiątej wieczorem i już wtedy nie miałam sił, bo sama opiekowałam się dziećmi. Zwykle jak wracał, oddawałam mu dzieci, a sama szlam do sypialni albo łazienki i tam próbowałam poskładać myśli. Wszystkie emocje wtedy puszczały, potrafiłam płakać przez godzinę, tak tęskniłam za mamą.

 

Przeczytaj także: Pasja mojej teściowej zamienia się w obsesję. Ta kobieta robi mi to na złość!

 

Któregoś dnia nie wrócił na czas, spóźnił się ponad dwie godziny:

– Jak możesz mi to robić? Gdzie zniknąłeś?! – krzyczałam.

– Uspokój się, kochanie! Byłem zmuszony… – chciał dodać coś jeszcze.

– W ogóle mnie to nie interesuje. Chciałeś mieć dzieci, a teraz uciekasz – przerwałam mu.

Mąż wtedy nie jadł nawet kolacji, a ja zagoniłam go od razu do sprzątania i pilnowania dzieci. Pamiętam jakby to było wczoraj, straszny hałas – najmłodszy syn płakał wniebogłosy, Julia bez przerwy krzyczała, wszystko przez naszą kłótnię.

Miałam tego dość, trzasnęłam drzwiami, wsiadłam do samochodu i ruszyłam przed siebie. Jechałam tak z pół godziny, trafiłam na jakieś pola, żadnej żywej duszy wokół. Wyjęłam z portfela zdjęcie mamy i płakałam. Wykrzyczałam wtedy głośno, że chciałabym zginąć, by być razem z nią. Nie myślałam o rodzinie, nic się dla mnie wtedy nie liczyło.

Przemarzłam, było już ciemno, jak postanowiłam wrócić do domu. Jechałam pustą ulicą aż z naprzeciwka wyjechał mi samochód ciężarowy. Pamiętam tylko, że w ostatniej chwili zjechałam z drogi i uderzyłam w drzewo. Omal nie zginęłam, ocknęłam się w szpitalu. Wtedy dopiero do mnie dotarło, o co tak naprawdę prosiłam.

Wyszłam ze szpitala po tygodniu. Mój mąż nie rozumiał, co mnie zmieniło, nawet nie pytał. Najważniejsze było to, że wiedział na pewno, że jego ukochana znów do niego wróciła. Możecie się ze mnie śmiać, ale ja głęboko w sercu wierzę, że ten wypadek to był znak. Czuję, że to mama próbowała mi w ten sposób przekazać, że mam dla kogo żyć – dla dzieci i męża.

Oceń artykuł
TwojaCena
Po stracie mamy bardzo się zmieniłam. Zachowywałam się jak opętana, dzieci i mąż bali się do mnie podejść