Jestem w kropce i muszę się komuś wyżalić. Mieszkam z synem i synową, a ona… no cóż, jest dietetyczką z zawodu. Pracuje w przychodni i układa diety chorym. I teraz, jakby nie wystarczyło, że udaje nie wiadomo jak mądrą przy pacjentach, to chce też pouczać mnie, co mam jeść.
Przez lata trzymałam się tradycyjnej, polskiej diety, zdrowo, ale bez przesady. A teraz, kiedy tylko wybieramy się razem na zakupy, zaczyna się cyrk.
Syn nas wozi, bo ma samochód i zawsze jest ten sam scenariusz. Chwytam coś do koszyka, na przykład makaron, a ona zaraz krzywi się i mówi, że lepiej wziąć bezglutenowy. Albo biorę jogurt, a ona oczy przewraca i mówi, że lepszy byłby sojowy. Czasem czuję się, jakbym miała dodatkową matkę, co to lepiej wie, co dla mnie dobre – ja, ponad 60-letnia kobieta!
Nie jestem już młoda, mam swoje lata i swoje nawyki. Całe życie jadłam to, co każdy: ziemniaki, chleb, do obiadu często kawałek mięsa, a tu nagle mi się mówi, że wszystko źle. Niech mi ktoś powie, jak można nagle wszystko zmienić? Nawet jak robię zakupy osobno, to i tak czuję jej wzrok na plecach. Czasem nawet wyrzucam z koszyka to, co chciałam kupić, bo już słyszę jej głos w głowie.
A wiecie co jest najgorsze? Że ona robi to wszystko z dobrych chęci. Mówi, że dba o moje zdrowie, że chce, żebym była zdrowa i długo żyła. I ja to rozumiem, naprawdę. Ale to moje życie, moje wybory. Chcę móc zjeść kawałek białego chleba bez wyrzutów sumienia. Chcę móc nacieszyć się zwykłym makaronem, bez tej całej bezglutenowej filozofii.
Kilka lat temu to ja rządziłam w kuchni. Codziennie gotowałam, smażyłam, piekłam – polskie obiady, jak się patrzy. Ale jak synowa wprowadziła się do nas, to od razu zaproponowała, że ona będzie gotować.
– Niech mama odpoczywa – mówi – ja się zajmę kuchnią.
I wiele teściowych pewnie by się ucieszyło, ja też byłam zadowolona. Do sąsiadów się nawet chwaliłam, jaką mam dobrą i pomocną synową.
Ale po tygodniu jedzenia tych jej warzyw na parze z kaszą i innych „zdrowych” wynalazków, zatęskniłam za prawdziwym jedzeniem. Mówię do niej pewnego dnia:
– Basiu, a może by tak na obiad jutro zrobić schabowe albo choć kapuśniak na żeberkach?
A ona na to:
– Nie ma mowy, cholesterol, potem choroby.
Nie zrozumcie mnie źle, doceniam jej troskę o nasze zdrowie. Ale czasem mam wrażenie, że ta jej dieta to jakby nie dla mnie. Przez całe życie jadłam normalnie, a teraz nagle mam się przestawić na coś, co ledwo rozpoznaję na talerzu. Tęsknię za dobrym mielonym, barszczem białym, który pachnie jak u mamy. A tu ciągle warzywa, kasze, jakieś nasiona.
Przeczytaj także: Syn chce mnie oddać do domu starców, bo nie wie, jak duży mam majątek. Mógłby liczyć na solidny spadek, a tak…
No ale co ja mogę zrobić? Przecież nie zacznę kłótni z synową. Ona też ma swoje zdanie, a syn… syn zawsze będzie po jej stronie, bo to jego żona. Więc siedzę cicho, uśmiecham się i jem to bezglutenowe, bezlaktozowe, bezsmakowe jedzenie.
Ale czasem, gdy jestem sama w domu, otwieram szufladę, w której trzymam kawałek prawdziwego chleba i ciastka. Tyle, że to przykre, muszę się skradać po własnym domu, jak złodziej, żeby zjeść coś, co mi smakuje. Tęsknię za czasami, kiedy mogłam jeść to, co chcę, bez tych wszystkich nowoczesnych „zdrowych” wymysłów. Ale cóż, taki już los. Trzeba się dostosować, bo chyba nie ma wyjścia.



