Nie wiem już, co mam robić z moją synową. Co miesiąc to samo: idzie do MOPS-u i wraca z pieniędzmi. Pobiera 500 plus, zasiłki na córkę, a przecież jej mąż, a mój syn, pracuje i nieźle zarabia.
Mój syn, wiadomo, większą część swojej pensji dostaje gdzieś na czarno, ale tak czy inaczej, bieda do ich drzwi nie puka, o co to to nie!
I mimo to ona z tych pieniędzy robi co? Wydaje na jakieś głupoty, zamiast myśleć o przyszłości małej. Synowa odkąd ją znam, ma bzika na punkcie swojej „piękności”. Biega od kosmetyczki do kosmetyczki, od fryzjerki do fryzjerki… Dotychczas przymykałam na to oko. Ona sama nie pracuje, ale skoro mój syn jej na to pozwala i nie szczędzi grosza, proszę bardzo. Ale jak zaczęła pieniądze dziecka trwonić na te głupoty, to nie wytrzymałam i wtrąciłam swoje zdanie. Może ktoś powiedzieć, że źle zrobiłam, ale ja nie mogłam siedzieć i patrzeć z założonymi rękoma.
Nawet to pomogło, tak myślałam. Jakoś mniej tego wszystkiego u niej było. Aż do czasu, kiedy od trzech miesięcy nie zaczęli pod dom podjeżdżać kurier za kurierem. Ja wszystko widzę, bo mieszkam tuż za płotem. Zapytałam syna co to za sprawunki tak ciągle im wożą, to syn tylko się zaśmiał i powiedział, że to moja „zasługa”.
Przeczytaj także: Chrzestna dała tylko 200 zł na chrzest mojej córki. Większego skąpstwa jeszcze nie widziałam!
Poszłam nazajutrz, tak ja wiem, że lepiej się nie wtrącać, ale ciekawa byłam. A co mi synowa pokazuje? Nowa lampa do robienia jakichś paznokci, tu jakieś pilniki, jakieś rzęsy na klej, nowe suszarki. Przecież to wszystko kosztuje.
– Mama powinna być zadowolona, dopięła swego. Teraz nie wydaję pieniędzy na urodę, tylko sama się nauczę. Jeszcze mama zobaczy, kiedyś i mamie fryzurę ułożę.
I skąd na to pieniądze?
Co gorsza, ja też co miesiąc dokładam się do ich życia. Daję, ile mogę, bo przecież to moja rodzina. Ale zaczynam myśleć, że to nie ma sensu. Są ludzie, którzy naprawdę potrzebują tych pieniędzy, którzy każdą złotówkę by docenili. A ona? Wydaje na bzdury, jakieś wymyślne kosmetyki i urządzenia, a wnuczka chodzi w jednych i tych samych spodniach.
Najbardziej mnie boli, że te pieniądze mogłyby iść na coś pożytecznego dla wnuczki. Może na jakieś zajęcia dodatkowe, lepsze ubrania, oszczędności na przyszłość? Ale nie, syn też woli patrzeć, jak jego żona trwoni te pieniądze na głupoty. I co ja mam robić? Mówić synowi, żeby wziął się za nią? Wtrącać się w ich sprawy?
Sama już nie wiem. Boję się, że wnuczka na tym wszystkim najbardziej ucierpi. Że nie dostanie tego, co by jej się przydało. Że w przyszłości będzie miała trudniej, bo jej rodzice nie potrafią mądrze gospodarować pieniędzmi. I co gorsza, nie widzę, żeby to miało się zmienić.

