Moja mama i tata Moja mama była naprawdę piękną kobietą. Piszę „była”, bo pół roku temu odeszła,…

Moi rodzice

Moja mama to była prawdziwa piękność. Mówię była, bo pół roku temu zmarła zaledwie dwa tygodnie po tacie. I chociaż oboje dobrze po siedemdziesiątce na karku mieli, to i tak mam wrażenie, że żyli za krótko. Bo to przecież moi rodzice, a rodzicom nigdy nie jest się dość.

No więc… mama z urody była pierwsza klasa. Wiem, bo choć jestem synem, to przecież facetem także. A tata całe życie pilnował, żeby mi o tym nie pozwolić zapomnieć. Nawet gdy po szkole oberwałem od mamy za złe oceny czy inne wybryki, tata pojawiał się w moim pokoju, siadał ciężko obok, westchnął żałośnie, zgniatał ręce między kolanami, potem milczał długo i kończył naszą konwersację tak:

Wiesz, synku, na mamę to się nie gniewaj nakrzyczała, pogderała, ale my przecież też święci nie jesteśmy, a ona nasza dziewczynka jest. Nam obu potrzebna jak tlen. Idź, przeproś ją, co?

A ja, ja! Już ładowałem w płuca powietrze, żeby się wykłócać i rzucałem piorunujące spojrzenia w stronę taty. A on, wyczuwając moje zapędy, wyciągał dłoń, pokazywał ją jak znak stopu pod sam nos i mówił groźnie, choć z kontrolą:

Ani się waż obgadywać moją żonę!

No i spuszczałem z tonu. Ba, nie śmiałem, bo tatę kochałem bardzo. A mamę również może nawet bardziej, tylko się nie przyznawałem.

Zresztą, znałem ich historię jak zostali małżeństwem. Tata mi opowiadał tajemnica przed mamą. A mama? Oczywiście, też tyle że tajemnica przed tatą.

Mama wtedy studiowała na pierwszym roku Uniwersytetu Warszawskiego. Miała już narzeczonego jakiegoś tam Edka. Pewnego dnia Edek pojawił się na randce razem z kolegą, bo ten właśnie przyjechał pierwszy raz do stolicy i nie wiedział, co ze sobą zrobić przez cały wieczór. No to Edek pomyślał: a niech idzie na randkę razem ze mną! Tak, właśnie, na randkę… No i tak wszyscy troje poszli.

Edek przedstawił kolegę mojej przyszłej mamie. Ten kolega, oczywiście, to był mój przyszły tata Borysław. Wybrali się wieczorem do parku, potem na dach altanki, bo tata miał pomysł, by nie płacić za bilety do kina letniego z dachu widać było ekran (Edek sam by na to nie wpadł!). Mama na dach dała się wyciągnąć tylko dlatego, że tata był postawny i silny już wtedy, a nie jak ten Edzio którego nigdy nie widziałem, ale coś czuję, że był szczuplutki jak trzcina, nie to co mój tata.

Edek cały czas prawił kawały, czytał wiersze, roztaczał wizję wspólnej przyszłości, a tata milczał, słuchał i pociągał nosem jak mawiała mama. I przy pożegnaniu tata chwycił mamę za rączkę i powiedział poważnie:

Basia! On ci potrzebny jak dziura w moście. Lepiej wyjdź za mnie.

Mama aż zaniemówiła ze zdziwienia i zapytała:

A kiedy?

Tata bez namysłu wypalił:

Jutro!

A żeby dobić sprawę (i pogrążyć Edka przy okazji!), dorzucił:

Będziemy mieć syna. Pokochamy go tak bardzo, że i siebie nawzajem pokochamy jeszcze mocniej. Nazwiemy go na przykład Igor, po tym słynnym polskim królu

Dobrze przystała mama od razu. Potem wzięli ślub i tyle.

Edek był świadkiem od pana młodego.

Dalej już razem skończyli studia i wyjechali do Jeleniej Góry, bo oboje na dyplomie mieli wpisane geolog-geodeta. Tam, daleko w Sudetach, dostali swoje pierwsze wspólne M. Kierowniczka kopalni poleciła wyrzucić z lokalnej świetlicy cały sprzęt i śmieci, by zrobić im mieszkanie wyglądało to dość oryginalnie, bo kiedyś była to komórka na miotły.

W końcu, w swoim czasie, pojawiłem się na świecie ja Igor. I rodzice pokochali mnie, tak jak tata mamie obiecywał.

Tata wyprosił w stadninie starą klacz Antoninę, by na niej przyjechać po mamę i mnie do szpitala.

Gdy dumnie podjeżdżali pod nasze mieszkanie z recyklingu, na schodach stał Edek, przytulając się w ramach prezentu do ocynkowanej wanienki do kąpieli niemowląt, którą zdobył po znajomości. I ta wanienka była moją pierwszą łazienką, a na początku również łóżeczkiem. Mama kładła do niej wielką pierzynę, którą dostała od swojej mamy w wianie, przykrywała prześcieradłem i tam spałem. Jak przyszła kąpiel pierzyna lądowała na rodzicielskim łóżku, a ja odstawiałem pierwsze kąpiele. Tata z pracy gnał jak szalony, żeby nie przegapić wieczornego rytuału No właśnie, nie czerwonego rumaka, tylko własnego syna. Głowę mi trzymał (tak twierdzi mama), a całą myjnię przeprowadzała rodzicielka.

Ze mnie księcia nie wyhodowali, ale geologiem chyba stałem się przyzwoitym.

Najśmieszniejsze, bo na geologii poznałem żonę Zosię. Mama od razu ją pokochała jak własną córkę. Tata tak samo. Było to tak: kiedy wpadałem z Zosią do rodziców z wizytą albo oni do nas, a z tatą wychodziłem zapalić na balkon, tata wzdychał filozoficznie:

Wiesz, życie dwa razy mi się uśmiechnęło: raz, gdy spotkałem twoją matkę, drugi gdy ty ożeniłeś się z Zosią. Dbaj o nią, bo ona, jak i matka twoja dziewczynka z niej!

Tata odszedł nagle, w nocy. Mama natychmiast poczuła, że go już nie ma.

Po tacie mama jakby zaczęła szybko się starzeć i coraz więcej zapominać. Na przykład zapomniała, że taty już nie ma. Nawet po tym, jak zabraliśmy ją do naszego mieszkania, siedziała w oknie i czekała, aż tata wróci z pracy. Do końca swojego życia smażyła swoje genialne kotlety, jak Borysek lubiAż pewnego dnia Zosia przyszła z przedszkola naszej córki z olbrzymim, kolorowym rysunkiem: babcia, dziadek i mała Ania pod wielkim, tęczowym słońcem. Mama rozpromieniła się wtedy pierwszy raz od miesięcy.

Popatrz, Igorku, to chyba ja z twoim tatą szepnęła, głaszcząc rysunek dłońmi tyle razy, że zrobił się miękki jak ulubiona pierzyna.

Potem zapytała, czy może go powiesić nad łóżkiem tak, żebym pamiętała, że on na mnie czeka, tam, gdzie znów jest młody i silny.

Któregoś ranka, zanim wszyscy jeszcze wstali, mama zniknęła cicho, łagodnie Jakby wyszła tylko do pracy albo na chwilę po zakupy. Zostawiła po sobie cichy zapach ukochanych fiołków w pokojach, rysunek nad łóżkiem i ciepło, którego nie umiałem już znaleźć w żadnym innym miejscu.

A jednak to ciepło jakoś trwało. Ania zbierała kamienie na podwórku i układała z nich portrety babci i dziadka. Zosia przyrządzała bigos według maminego przepisu, nawet jeśli i tak wychodził po swojemu. Ja wracałem czasem pod tamtą byłą świetlicę w Jeleniej, patrzyłem na zachód słońca za Sudetami i czułem, jak we mnie rośnie ta sama miłość i do Kamieni, i do Dziewczynek.

Bo rodziców nawet gdy już ich nie ma ma się dość na całe życie. I może jeszcze dłużej.

Oceń artykuł
TwojaCena
Moja mama i tata Moja mama była naprawdę piękną kobietą. Piszę „była”, bo pół roku temu odeszła,…