Większość młodych ludzi z wsi decyduje się na wyjazd do dużego miasta po zakończeniu szkoły – ja nie byłam wyjątkiem. Gdy tylko skończyłam szkołę, zdobyłam swoje świadectwo maturalne i udałam się do stolicy, aby uczyć się i dążyć do jasnej przyszłości. Oczywiście, na początku było trudno tam się uczyć i pracować, ale podjęłam decyzję, aby nie obciążać rodziców i zacząć samodzielnie zarabiać. W trzecim roku studiów znalazłam już dobrze płatną pracę, i po pewnym czasie udało mi się oszczędzić na wynajem małego mieszkania w centrum stolicy. Byłam więc w siódmym niebie. Co więcej, moja młodsza siostra niedługo planowała rozpocząć studia i mogła zamieszkać ze mną.
Dawniej krewni wcale nie interesowali się mną, ale dowiedziawszy się o mieszkaniu, zaczęli się wpychać z wizytami, aby zobaczyć stolicę. Oczywiście, nie mogłam im odmówić, ale nachalstwo krewnych nie znało granic, a każdorazowo częstotliwość ich wizyt stawała się coraz większa. Nie wiedząc, co robić, poprosiłam mamę o radę, wyjaśniłam sytuację, że krewni przeszkadzają swoją obecnością i zbytnio wtrącają się w moje życie. Usłyszawszy moją historię, mama zaproponowała, że powinnam pobierać opłatę za zamieszkanie od krewnych, a co się tyczy jedzenia, to powinni sami kupować to, co chcą.
Ta rada przypadła mi do gustu. Wiedziałam, że po tym krewni na pewno zostawią nas w spokoju. Po tym incydencie, ciocia z córką zaczęły narzekać mojej matce na mnie, że jestem bezwzględna i żądam od nich pieniędzy za mieszkanie i jedzenie. Powiedziały, że totalnie zmieniłam się po przeprowadzce do miasta; zapomniałam o tym, co zrobiły dla mnie. Mama, oczywiście, stanęła w mojej obronie, mówiąc, jak ciężko to wszystko mi przychodzi. Mimo że teraz krewni ze mną nie rozmawiają, cieszę się, że przestali mi dokuczać swoimi przyjazdami i narzekaniem.




