Trzy lata temu, w wieku 39 lat, wyszłam za mąż. Dość późno, zdaję sobie z tego sprawę, jednak wcześniej nie spotkałam mężczyzny, na którym mogłabym polegać. Nie miałam wygórowanych wymagań, po prostu zdawałam sobie sprawę, że dotychczasowi mężczyźni nie byli w stanie dostatecznie zabezpieczyć rodziny i nie mogłam im zaufać.
Mama ciągle wywierała na mnie presję, mówiąc, że moje rówieśnice z klasy niedługo będą miały wnuki, a ja jeszcze nie urodziłam dziecka. Wtedy poznałam Piotra. Był miłym człowiekiem, romantykiem, dobrze było nam razem. Jednak Piotr przed 40 rokiem życia nie miał ani samochodu, ani mieszkania, a do tego nigdy nie był żonaty. To mnie niepokoiło, ale mimo to Piotr mi się podobał.
Po kilku miesiącach oświadczył mi się. Mama naciskała na mnie, że to moja ostatnia szansa i że nie będzie już takiej. Powiedziała, że jeśli odmówię, będzie to moim największym błędem, którego będę żałować do końca życia. W końcu zgodziłam się. Piotr przeprowadził się do mnie.
Na początku wszystko układało się dobrze, świetnie się rozumieliśmy. Następnie zaszłam w ciążę. W tym momencie moja mama była najszczęśliwszą osobą na świecie. Urodziłam córeczkę, która ma teraz trzy lata.
Ostatnio mój mąż bardzo się zmienił. Coraz częściej zostaje dłużej w pracy, wraca do domu nietrzeźwy. Czasem na mnie krzyczy. Ostatnio nie zwraca uwagi na naszą córkę. Pewnego wieczoru urządził mi awanturę, bo nie zdążyłam przygotować kolacji na czas. Potem zaczął krzyczeć, że powinnam mu być wdzięczna, że gdyby nie on, to nigdy nie miałabym dzieci, że nikt inny by mnie w moim wieku nie zechciał… Jego słowa bardzo mnie zraniły, więc zdecydowałam się na rozwód.
Gdy mama dowiedziała się o tym, ona też urządziła dramę. Powiedziała, że dziecko potrzebuje ojca, a ja męża.
Ale jakie ojcostwo ma na myśli, skoro Piotr nie utrzymuje praktycznie kontaktu z córką? Jestem gotowa sama wychować córkę. Bez Piotra moje życie będzie tylko spokojniejsze. Powiedzcie, że nie popełniam błędu, że nie będę tego żałowała. Ale czy trwanie w związku na siłę ma sens?




