Zwykle poranki zaczynały się u nas tak samo – zbieraliśmy się przy stole, rozmawialiśmy o planach na dzień, jedliśmy śniadanie i każdy wychodził do swoich obowiązków. Tamtego poniedziałku jednak było inaczej.
Wiedziałam, że coś jest nie tak, już od samego rana. Kiedy zapytałam męża, co się dzieje, ten jedynie pokręcił głową i odmówił rozmowy. Dopiero wieczorem, gdy nasza piętnastoletnia córka już spała, zaczął bez ogródek:
– Nie wiem, co zrobiłaś z pieniędzmi naszej córki, ale lepiej, żebyś je oddała – powiedział ciężko oddychając.
Byłam zaskoczona, prawie przerażona. Nie mogłam uwierzyć, że mąż oskarża mnie o coś takiego. Przecież to nie była prawda!
– Co masz na myśli? – spytałam zdezorientowana.
– Mówię o pieniądzach, które odkładaliśmy dla naszej córki. Na studia, przyszłość… – w jego głosie było coś, co sprawiało, że czułam się naprawdę winna. – Gdzie one są?
Już od wielu lat odkładamy pieniądze dla córki. Chcemy zapewnić jej dobry start w dorosłe życie. Odkładamy małe kwoty, chowając je w szafce na klucz, która była w sypialni.
A teraz mąż twierdzi, że to moja sprawa. Jestem w szoku. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak mógł pomyśleć, że ja, matka naszego dziecka, mogłabym coś takiego zrobić.
– Ja nie wiem, gdzie one są! – krzyczałam wtedy, nie kryjąc łez. – To niemożliwe, nie ukradłam ich!
Ale mąż nie miał ochoty słuchać wyjaśnień. Do dziś jest przekonany, że to ja jestem winna. A ja mam już dość – nie zrobiłam niczego złego, a atmosfera w domu jest nie do wytrzymania.
Próbowałam dowiedzieć się, co się stało z pieniędzmi. Przeczesywałam już szafki, szukałam w domu, ale nie znalazłam niczego, co mogłoby pomóc w tej sprawie. Co gorsza, mąż z każdym dniem zachowuje się coraz bardziej agresywnie. Jak mam udowodnić, że o niczym nie wiem i nie byłam zamieszkana w ich zniknięcie. Tylko w takim razie, kto mógł je zabrać? Klucz mieliśmy tylko my dwoje…




