Tamtego czasu wiosna przyszła wcześnie, a śnieg stopniał już w lutym. Podczas prac w ogrodzie zauważyłam stojącą przy bramie młodą dziewczynę. Miała na sobie prostą sukienkę, jesienne buty i lekką kurtkę. Już z daleka można było wywnioskować, że jest głodna i jest jej zimno.
Zaprosiłam ją do domu i podałam jej ciepłą herbatę. Zaczęłam zadawać pytania, chciałam się dowiedzieć, kim jest i co ją tutaj sprowadza.
– Jak masz na imię? Co tu robisz? Szukasz kogoś?
Przysunęłam talerz z ciastkami bliżej dziewczyny, a ona zaczęła płakać. Okazało się, że była córką małżeństwa, które mieszkało w naszej wiosce. Od razu skojarzyłam wszystkie fakty. Ponad dziesięć lat temu zabrano ją od matki, która zmagając się z biedą i alkoholizmem, nie była w stanie jej zapewnić godnych warunków do życia. Dziewczyna spędziła swoje dzieciństwo w domu dziecka, wychowywała się wśród innych dzieci w podobnej sytuacji. Matka nie interesowała się nią wcale, było o tym u nas głośno, ale z czasem zapomniano o dziewczynce. A teraz tak wyrosła, w ogóle jej nie poznałam.
I tak po lekcjach postanowiła wsiąść w autobus i odwiedzić swoich biologicznych rodziców. Liczyła na to, że matka się ucieszy na jej widok. Niestety, gdy tylko przekroczyła próg swojego rodzinnego domu, spotkała się z oziębłym przyjęciem. Matka, zamiast przytulić córkę, przepędziła ją, mówiąc, że nie dostanie od niej żadnych pieniędzy.
Zrozpaczona dziewczyna oddaliła się, była zziębnięta, kolejny autobus odjeżdżał do miasta dopiero wieczorem i nie wiedząc, co robić dalej, trafiła pod moją bramę.
Serce mi się kroi, kiedy wspomnę sobie tę dziewczynę. Na drogę zapakowałam jej kanapki i termos ciepłej herbaty, cóż więcej mogłam zrobić? A matka i ojciec? Nie mam słów, jak można tak potraktować swoje dziecko, szczególnie kiedy ono przyjechało dać rodzicom drugą szansę.



