Ludzie zobaczyli wycieńczonego konia: nie miał już siły nawet wstać
Dzień był wyjątkowo ciepły, kiedy ja i moja dziewczyna, Zosia, wybraliśmy się na spacer przez łąki pod Krakowem. Gęsta, wysoka trawa szumiała wokół nas, szliśmy powoli, trzymając się za ręce i od czasu do czasu spoglądając na siebie z tym rozmarzonym, zakochanym spojrzeniem, które zdarza się tylko wtedy, gdy ma się kogoś naprawdę bliskiego przy sobie. Chyba właśnie przez tę beztroskę nie zwracaliśmy uwagi, dokąd dokładnie idziemy, aż tu nagle natknęliśmy się na coś zupełnie niespodziewanego.
Zosia zatrzymała się gwałtownie i prawie krzyknęła z przerażenia, wycofując się o krok do tyłu. Ja odruchowo stanąłem przed nią, gotów bronić choć właściwie nie było przed czym.
Wśród wysokiej trawy leżał koń.
A raczej to, co kiedyś było koniem. Teraz bardziej przypominał wychudzony, wielki szkielet, na który ledwo co naciągnięta była skóra.
Cienka na wiór, pergaminowa skóra napięta była na ostro sterczących żebrach. Wydawało się, że lada chwila te kości przedrą ją na wylot. Po całym ciele ciągnęły się zeschłe strupy, wokół których bez wytchnienia krążyły muchy, brzęcząc irytująco.
Wygląd konia był tak przygnębiający i odrażający, że trudno było patrzeć.
Biedaczysko! zawołała Zosia.
Jej głos na moment uciszył wszystko wokół. Nad łąką zapadła przerażająca cisza.
Nagle ciało konia drgnęło tak lekko, że można by uznać, iż się przewidziało.
W jednej chwili przeszył nas taki strach, że aż włosy stanęły mi dęba.
Po chwili uciekliśmy oboje, rzucając się na najbliższą wiejską drogę. Dopiero tam, ciężko dysząc, zaczęliśmy dochodzić do siebie.
Oczywiście, nikt nas nie gonił.
Gdy tylko poczuliśmy się nieco bezpieczniej, zacząłem zastanawiać się nad sytuacją.
On żyje… wyszeptała Zosia z niedowierzaniem.
Żyje, choć wygląda jak trup odpowiedziałem ponuro.
Przecież się ruszył.
Musieliśmy to sprawdzić jeszcze raz. Może to jednak nie on się poruszył, może coś go tam zjadało od środka…?
Ten pomysł był tak przykry, że Zosia aż się wzdrygnęła.
Wysłała mnie samego na zwiady, a sama została na drodze, nie mając ochoty na makabryczne obrazki.
Cicho wróciłem w wysoką trawę; szybko się przekonałem, że koń jest tam sam i naprawdę jeszcze żyje.
Podszedłem bliżej. Koń lekko odwrócił głowę i parsknął cicho.
Wyraźnie było mu ciężko się ruszać, żebra podnosiły się i opadały ledwo dostrzegalnie oddech był płytki.
Oczy wydawały się zamglone, na jednym oku była czerwonawa błonka. Dolna warga zwisała bezwładnie, pysk był lekko uchylony.
Nogi i ogon nie poruszały się w ogóle. Czasem tylko drgnęło ucho może przez wiatr.
Konia nie opuszczało wycieńczenie.
Walczył o życie ostatkiem sił, ale wyglądało, jakby ta walka była już przegrana.
Rozejrzałem się i próbowałem dojść, jak koń się tu znalazł. Trawa wokół nie była zgnieciona, jakby leżał tu naprawdę długo.
Wróciłem do Zosi i opisałem wszystko, co zobaczyłem.
Wszystko jedno, jak tu trafił machnęła ręką. Co teraz? On zaraz może zdechnąć. Nie znam nikogo, kto znałby się na koniach.
Przypomniałem sobie, że we wsi Brzozówka, niedaleko stąd, mają małą stajnię. Czasem jeżdżą tam dzieciaki i dorośli na jazdy konne.
Szybko udało się skontaktować z właścicielami.
Najpierw nie do końca rozumieli mój zawiły opis przez telefon, ale ostatecznie zgodzili się przyjechać.
Po pewnym czasie od drogi podniósł się kurz to dojechał samochód.
Zosia i ja wymachiwaliśmy rękami, by wskazać drogę.
Samochód z przyczepą dla koni zatrzymał się obok nas.
Właściciele pan Andrzej i pani Iwona z początku byli zaskoczeni widokiem z daleka, ale gdy podeszli bliżej, autentycznie się przerazili.
Nie było nawet mowy, by koń sam wstał i wszedł do przyczepy. Trzeba było się modlić, by w ogóle dotrwał do kliniki.
Czterem osobom nie udało się go unieść choć chudy, dalej był ciężki.
Pobiegłem na swoją ulicę zawołać sąsiadów i kolegów.
Gdy zebrała się grupa mężczyzn, ostrożnie wsunęliśmy pod konia grubą płachtę, każdy chwycił za róg i razem podnieśliśmy zwierzę.
Koń wytrzeszczył przerażone oczy, słabo poruszył nogą. Więcej sił nie miał.
Widok był rozdzierający; serce ściskało się ze smutku.
W końcu ładowaliśmy go powoli do przyczepy. Zamknęła się za nim wysoka klapa.
Samochód powoli odjechał w stronę stajni.
W stajni na miejscu już czekał weterynarz i sąsiedzi, których właściciele powiadomili, jadąc.
Wyciągnięto konia bardzo ostrożnie.
Weterynarz pan Roman od razu zabrał się do badania. Oglądał konia dokładnie, pobierał próbki.
Przyjechała też policja, już wezwana wcześniej.
Sporządzili protokół, zabrali oświadczenia weterynarza, nowych właścicieli i wszystkich, którzy pomogli. Uprzedzili jednak, że raczej nie znajdą starego właściciela i ukaranie winnego będzie trudne.
Pan Roman podał koniowi leki, przemył rany i założył kroplówkę.
Zanieśliśmy biedaka do czystego boksu.
Stan był krytyczny, weterynarz nie dawał pewności, czy uda się go uratować. Ale warto było spróbować.
Najgorsze było to, że koń prawie nie jadł i ledwo pił.
Koniec końców okazało się, że to przez poważne zakażenie skóry.
Pasożytnicze roztocza wywołały liczne stany zapalne, pojawiały się bąble, skóra pokryta była twardymi strupami.
Wszystko to potwornie swędziało, a koń drapał się do krwi. Choroba odebrała mu apetyt, doprowadzając do skrajnego wycieńczenia.
Niestety, na tym nie koniec problemów.
Trzecia powieka była opuchnięta i zaróżowiona. Weterynarz już przeczuwał, że to może być guz do usunięcia operacyjnie, jednak dopiero, gdy koń nabierze sił.
Zęby także były w tragicznym stanie, bez natychmiastowej interwencji koń nie przeżyłby długo.
Na kilka tygodni boks zamienił się w polowy szpital. Weterynarz zaglądał codziennie, leczenie przynosiło pierwsze efekty: roztocze udało się zwalczyć, rany powoli się goiły, zęby poprawiono i wreszcie koń zaczął próbować jeść.
Początkowo był tak słaby, że musieliśmy poić go przez butelkę, tak jak source karmi się źrebięta; podawaliśmy mu witaminy dożylnie. Ale z czasem nabierał sił. Zaczął samodzielnie podnosić głowę, choć na początku musieliśmy ją podtrzymywać.
Początkowo był wycofany, jakby pogodzony z losem. Po prostu leżał, czekając na śmierć. Ale my nie pozwoliliśmy mu się poddać.
Nowi właściciele czuwali przy nim nawet w nocy, kontrolując kroplówkę i sprawdzając oddech. Po pewnym czasie koń zaczął rozpoznawać znajome głosy, wyciągał łeb, a nawet lekko się wzdrygał, gdy pan Roman coś do niego gderał przy badaniu.
Prawie nie widział; musiał polegać na dźwiękach i dotyku. Ale z każdym tygodniem jego stan się poprawiał.
W końcu samodzielnie potrafił przetoczyć się z boku na bok, a nawet na chwilę podnosił brzuch i trzymał głowę do góry.
Największym problemem było to, że nie mógł stanąć na nogi.
To go przerażało. Kilka razy próbował, ale kończyny odmawiały posłuszeństwa.
Weterynarz tłumaczył: zbyt długo był osłabiony mięśnie zanikły, nie da się tak po prostu wstać.
Potrzebna była rehabilitacja. Niestety, żeby pomóc mu ćwiczyć, trzeba było go bardzo ostrożnie podnosić, a był już nieco cięższy dzięki odpowiedniemu jedzeniu. Do tego potrzeba było nawet ośmiu osób.
Właściciele wykombinowali specjalny sprzęt z grubego koca i pasków zrobili konstrukcję, która podtrzymywała konia, by mógł ćwiczyć w boksie, ale żeby wyjść na dwór, znowu trzeba było silnych rąk.
Na szczęście historia biednego zwierzaka wzruszyła sąsiadów i znajomych. Wieczorami przychodzili, by pomóc.
Za pierwszymi razami ręcznie podnosiliśmy mu nogi, ale dzień po dniu koń coraz lepiej starał się ruszać nimi samodzielnie. Ruchy były niezgrabne, ale była to już ogromna zmiana.
Zmęczeni byliśmy wszyscy, on i my, ale nikt nie odpuścił.
Miesiące systematycznej pracy dały w końcu efekty. Koń pewniej się trzymał, potem nawet zaczął powolutku chodzić.
Właściciel wyprowadzał go na kilka kroków do ogrodzonego padoku, resztę dnia koń odpoczywał. Ale widać było, jak bardzo chce wyjść na dwór, poczuć zapach świeżej trawy, być wolnym.
W końcu pan Roman uznał, że można operować oko.
Konia zapakowaliśmy do przyczepy i pojechaliśmy do kliniki pod Tarnowem.
Wszystko poszło pomyślnie. Guz usunięto, choć przez kilka dni oko bolało i trzeba było nanosić krople. Ale koń i tak pilnie obserwował otoczenie i pierwszy raz z takim zainteresowaniem patrzył na ludzi.
Dzięki leczeniu i regularnej trosce szybko doszedł do siebie na tyle, by zacząć wychodzić do większego wybiegu ze starymi mieszkańcami stajni. Z nowymi kompanami dogadał się błyskawicznie. Potrafił nawet przywołać do porządku młodego ogierka, a z klaczą spokojnie skubał trawę.
Od tamtego dnia minęło wiele miesięcy. Koń już nie przypominał szkielecika z łąki, którego zaniosło tu ledwo żywego. Zbierał kilogramy, sierść mu błyszczała, tylko gdzieniegdzie zostały ślady po dawnych ranach, a chód miał jeszcze trochę niepewny.
Właściciel nie spieszył się z jazdami. Ale koń coraz częściej stukał kopytem i parskał, widząc, jak dzieci i dorośli siodłają inne konie.
Patrzył z tęsknotą, gdy reszta koni wyjeżdżała z padoku.
W końcu, w ciepły, pogodny dzień, Andrzej założył mu siodło i delikatnie wsiadł.
Koń zarżał radośnie.
Szli powoli po polu, słońce świeciło, a ja wiedziałem, że koń jest szczęśliwy jak nigdy wcześniej.
Po tylu cierpieniach i grozie opuszczenia teraz miał ludzi, którym na nim naprawdę zależało. Wiedział już, że nigdy nie zostanie zostawiony sam na pastwę losu.
Wszystko, czego doświadczyłem tego dnia i później, pokazało mi jedno nawet w największej beznadziei można ocalić życie i nadzieję, jeśli się nie poddaje, a ludzie naprawdę wyciągną rękę do potrzebującego, choćby był nim porzucony koń. To była dla mnie największa lekcja o wrażliwości i sile wspólnej pomocy.

