Kobiece Losy: Historia Marianny Zmarła babcia Anastazja, a Mariannie zrobiło się zupełnie smutno. S…

Kobiece losy. Marianna

Umarła babcia Aniela i całkiem niedobrze zrobiło się Mariannie. Nie przypadła dziewczyna do gustu teściowej złego słowa nie powie przy ludziach, ale za plecami słów jej nie żałuje. Za chuda, za mało się w domu krząta, a i kto wie, czy z takiej roztrzepanej dzieci się w ogóle doczeka.

Wszystko Marianna znosiła w milczeniu, a jak już miała serdecznie dość, biegła do babci swej kochanej. Babcia Aniela była dla niej jak matka i ojciec w jednym: ojca w życiu nie widziała, a matka, bidulka, dziesięć lat po nim na suchoty zmarła.

Jak tylko Wojtek spojrzał na sierotę, to tylko sam Pan Bóg wie, co mu w głowie zaświtało. Chłop przystojny, silny, gospodarstwo jak się patrzy, a tu zakochał się po uszy w biednej dziewczynie znikąd. A teściowa Marta nazywała ją potem pokątnie żebraczką.

Oj, starała się Marianna, żeby teściowej dogodzić i w kuchni, i przy zwierzętach, z każdą robotą się mierzyła, choćby miała padać na nos ze zmęczenia. Ale jak nie łaska, to nie łaska. Jeszcze przy Wojtku jakoś wytrzymywała, ale jak mąż tylko wyruszył w interesy do sąsiednich wsi, to najlepiej by było z domu wziąć i nawiać.

Cierpliwości, Marianku pocieszała babcia swoją wnuczkę w końcu się ułoży.

Ale i babci już zabrakło, rok za rokiem leci, a Marta coraz zgryźliwsza dla synowej. Serce ją bolało, że nie wyszło po jej myśli bo syn nie pojął za żonę panny z dobrego, bogatego domu; taką już miała w oku dawno.

Na przekór matce, Wojtek był z niego gospodarz jak się patrzy po śmierci ojca wszystko wziął w swoje ręce, majątek pomnożył, roboty się nie bał, ale i matce nie pozwolił wejść sobie na głowę. Słowo miał jak ucięte siekierą.

Mariannę kochał na zabój, odkąd zobaczył jej bladą twarz, niebieskie, wielkie oczy i zadarty nosek od tamtej pory świata poza nią nie widział. A ona, choć wiedziała, co się o jego matce mówi, i że charakter ma jak barszcz z czosnkiem ostro, zgodziła się na oświadczyny.

Przeprowadziła się do chaty mężowskiej i dzielnie znosiła szturchańce teściowej. A jak już uszy i gardło bolało od wewnętrznych łez, biegła do babci swej, by się wypłakać siadała przy piecu na podłodze, wtulała głowę w kolana staruszki i kwiliła ciszej niż zraniony szczeniaczek. Babcia głaskała ją po włosach, mruczała cicho pod nosem modlitwy do Matki Boskiej za swoją sierotkę i świat był nagle mniej straszny.

Jednak czasu nie da się cofnąć. Babcia zmarła cichutko. Ot, usnęła i nie obudziła się już. A Marianna została całkiem sama na świecie. Kto mówi, że czas leczy rany, ten nigdy nie był samotny. Czasu nie czuła, tylko serce ściskało przy każdym wspomnieniu o ciepłych rękach babci.

W domu Wojtka wrzało, zwłaszcza kiedy Marta nie mogła się pogodzić z tym, że trzeci rok synowa obija się za nic, a wnuka czy wnuczki jak nie było, tak nie ma. Najgorszy był dla Marianny strach, że może teściowa rzeczywiście miała rację? Sama sobie nie ufała.

Wojtek, choć zbywał plotki i złośliwości matki (w końcu wieś gęba małego nie utrzyma na wodzy), w głębi ducha też się zamartwiał. Ale kiedy wracał do domu i widział swoją Mariannę cała złość odpływała.

Może Bóg się ulitował, a może prawdziwa miłość cuda czyni Marianna w końcu zaszła w ciążę. Ach, jak wtedy Marta świętego spokoju nie mogła zaznać, a Wojtek kochał żonę jeszcze mocniej.

A teściowa krążyła po domu jak czarny kruk. Wystarczyło, że Marianna usiadła na chwilkę już była na miejscu, ręce w boki i jazgot:

I co, darmozjadko? Myślisz, że skoro brzuch ci wyrasta, to teraz możesz się obijać? syczała, widząc synową na ławie.

Siedzę tylko chwilkę, mamo. Cały ranek haruję tłumaczyła lekko przestraszona Marianna.

A jak nie masz siły, to sio mi z domu! Słaba mi synowa na nic! złościła się Marta.

Bez słowa Marianna brała wiadro i szła po wodę. Sąsiadki za płotem tylko głowami kręciły: Co za baba, nawet w ciąży nie odpuści!

Nadszedł czas urodziła Marianna chłopczyka. Ale los nie był łaskawy dziecko było słabe. Blady, ledwo oddychał, chwilami siniał, jakby śmierć zaglądała mu w oczy.

Sama jesteś jak cieniutka łodyżka, to i dzieciaka takiego wydałaś, pogardliwie komentowała Marta.

Ależ, mamo, przecież to wasz wnuk, dziedzic Wojtka płakała Marianna.

Dziedzic? Co z niego za dziedzic!? szydziła Marta. Zrobimy trumienkę za moment, zobaczysz.

Od takich słów Marianna wyła do księżyca. A Marta tylko zacierała ręce. Myślała, że jakby, broń Boże, mały umarł, Wojtek zostawi niewdzięczną żonę, a ona znajdzie mu pannę z krwi i kości!

Po pracy Wojtek tulił żonę, dawał jej wyspać się, brał chudego synka na ręce, a mały cichł jakby czuł ojcowską opiekę.

„A niech tam, będzie jak będzie, jeszcze nasze światu pokażemy! myślał Wojtek.

Przyszła pora chrztu synka nazwali Wawrzynkiem. Ale chłopak chodził coraz słabszy, nie jadł, nie przybierał na wadze.

Pewnego razu Wojtek musiał jechać rzeką do miasta za robotą.

Droga daleka, prędko nie wrócę, trzymaj się, Marianko, dbaj o Wawrzynka i nikogo nie słuchaj rzucił, całując żonę w czoło.

Marta aż się rozbestwiła, jak tylko została sam na sam z synową. Marianna nie miała ani chwili spokoju: woda, drwa, zwierzęta za dnia robota goniła robotę, a w nocy przy dziecku czuwała.

Sama się wykańczała i dziecko też. Coraz częściej siniał, czasem przestawał oddychać

Jesień nadeszła, brr, zimno, plucha. Mąż nie wraca. Marta dokładała do pieca złośliwości i podsycała najgorsze myśli.

A może i dobrze robi, że nie wraca! Może znajdzie sobie gdzie dziewczynę zdrową, ładniejszą! wrzuciła raz bez ogródek Marta.

Ach, od tych słów aż zrobiło się Mariannie ciemno przed oczami. „Może i prawda?” zadrżała.

Marta wyczuła słabość.

Codziennie szeptała do ucha:

I co, nie żal ci Wojtka? Mały ledwie zipie, ciebie żałość zje na amen A może dałabyś mu wolność? Puściłabyś go?

I gdzie mam iść, mamo? Z dzieckiem chorowitym przez zimę?

Oj tam, wielka strata. Może i lepiej, jak Bóg go weźmie, przynajmniej koniec męczarni. Wojtek będzie miał szansę na rodzinę, dzieci zdrowe, a nie takie Marta tonem zimnym jak poranny mróz.

Marianna nawet nie wierzyła własnym uszom. „Toż to matka, jak może!”

I jakby młody usłyszał, rozwrzeszczał się, zsiniał, stracił przytomność.

Pomyśl, Marianko rzuciła teściowa obojętnie i zostawiła ją z rozdzierającym bólem.

Tydzień jeszcze minął. Ziemię pokrył pierwszy śnieg, powiało chłodem.

Marianna nie spała po nocach, w końcu zaczęła oddawać Marty słowa, przestała być zupełnie milcząca. Ale cóż z tego, jeśli nie mieszkała ani u siebie, ani z własnym mężem?

Z wioski żadnych wieści od Wojtka, myśli rwały się w głowie: To przeze mnie, to ja wszystko zepsułam.

Sama nie żyje i innym nie daje! podsumowała Marta.

To przelało czarę goryczy. Marianna bez słowa wzięła chustkę, owinęła Wawrzynka w koce, swój dobytek w tobołek. I wyszła z domu w noc.

Marta tylko stała, niemal nie oddychając aż się bała, że synowa rozmyśli się i wróci. Spokój syn jakoś przeżyje. O tym, że już od miesiąca wiedziała, iż syn został ranny podczas napadu, leży w szpitalu w Krakowie, Mariannie nie napomknęła ani słowem. Po co? Niech myśli, co chce.

Rano Marta po wiosce puściła plotkę, że Marianna oszalała po śmierci dziecka, zabrała małego do lasu i przepadła. Widowisko godne stypy płakała, lamentowała, ale nikt jej nie słuchał. Wieś pokiwała głową, pogderała dwa dni i o sprawie zapomniała. Zimy nikt na podwórza nie wyłaził

***

Szła dziewczyna przez las, przez pola, przerażona, ale serce miała już tak spalone, że tylko o synka się bała.

Niepotrzebnie się bała, nikt jej nic złego nie zrobił. Rano weszła do sąsiedniej wsi ledwie żywa, głodna, dziecko na rękach. Hutne dymy z kominów, pusto na dworze. Wstydziła się zajść do kogokolwiek co ludziom do jej nieszczęścia? Przysiadła przy studni.

Tu nagle pojawiła się kobieta z dwoma wiadrami, kształtna, z rumieńcem na policzkach, spojrzała na Mariannę z góry.

A czyja ty jesteś? Zmrożona całkiem zagaiła.

Nikt mnie. Przechodzę dalej. Marianna nieśmiało.

Sama w taką pogodę z dzieckiem? Nawet psa by na noc nie wygnał.

Aż się Marianna rozszlochała, nie mogąc dłużej tłumić bólu.

Wstawaj, idziemy ze mną rozkazała kobieta i zaprowadziła Mariannę do domu.

W środku ciepło, w piecu trzaska ogień, mieszkanie pachnie ziołami. Marianna jak worek upadła na ławę.

Gospodyni zdjęła z niej chustkę, ostrożnie wzięła Wawrzynka na ręce.

Akulina mi na imię przedstawiła się. Dzieciak malutki, ledwie żywy! Chrzczony?

Ochrzciliśmy, nazwali Wawrzynkiem wyszeptała Marianna i nieprzytomna osunęła się na podłogę.

Nie wiadomo, ile leżała. Obudziła się w nieswoim łóżku, synka nie było przy niej, dom pusty. Wpadła w panikę i już chciała wybiec, gdy weszła Akulina z wiatrem i śniegiem.

O, spałaś trzy dni bez przerwy! Mój Boże, czego ty przeszła, dziewczyno Synka zniosłam do lasu, do swojej matki. powiedziała, zanim Marianna zdążyła się przestraszyć. Chcesz wiedzieć, to siadaj i opowiadaj całą swoją historię.

Marianna wylała całą gorycz o miłości, o nienawiści teściowej, o chorym dziecku, o swoim żalu.

Akulina słuchała bez słów.

Ścieżki Pana są dziwne powiedziała w końcu. Twój syn wyzdrowieje, a los ci się odmieni. Bylebyś światło w duszy zatrzymała.

Do synka bym tylko szeptała Marianna.

Zaprowadzę cię, ale wrócimy same. On z nami nie pójdzie.

Jak to?! zmiękła Marianna, przerażona.

Chodź, to zrozumiesz.

Ruszyły przez las do chaty w głębi tam czekała stara kobieta, matka Akuliny, znachorka, o której wszyscy we wsi mówili, że czarownica.

Nazywają mnie babą Agatą przedstawiła się łagodnie. Ale nie bój się, Maria rzeczy ludzie gadają, a nie wiedzą, kto tu największą wiedźmę ma, pewnie teściowa twoja

Agata jakby czytała jej w myślach.

Długo modliłaś się do Matki Boskiej, a nikt ci nie pomógł, bo samaś na siebie biały cień ściągnęła! roześmiała się smutno. Chodziłaś po cmentarzach w ciąży, a tam, wiesz, pewnych rzeczy robić nie wolno!

Mariannie aż się zakręciło w głowie.

Spokojnie, pomogę wam uspokoiła ją czarownica. Malec zostanie tu parę dni, a ja zdejmę z niego cały ten smutek i chorobę.

Tydzień przeminął Wawrzynek wrócił do Marianny rumiany, białogłowy, jak aniołek.

Z Akuliną Marianna żyła bez kłótni, nie była ciężarem, sąsiadki już szeptały, że dobrze się sprawuje.

Kiedyś spytała Marianna:

Czemu babka Agata odeszła do lasu, a nie została wśród ludzi?

Ano, ludziom się nie dogodzi. Jak potrzebują pomocy, chwalą i całują po rękach, a jak coś się stanie złego, najłatwiej winę zwalić na babę To dawne dzieje, niejedną tragedię winiła wieś na mamie. Zapomnieli, ile razy ratowała ich dzieci Więcej w lesie już nikt jej nie złościł wyjaśniła Akulina.

A jak babka Agata leczy dzieci? dopytywała jeszcze Marianna.

Czego oczy nie widzą, tego serce nie boli! Diabła nie wzywa, spokojna twoja głowa uśmiechnęła się Akulina.

***

Tymczasem w rodzinnej wsi Marianny wrócił z Krakowa Wojtek. Wszedł do izby, rozgląda się jakby śladów żony i dziecka nigdy tam nie było. Ani chustki, ani zapachu bliskiej osoby.

Wybacz, synku, nie dopilnowałam zaczęła Marta. Umarł trzeci dzień po twoim wyjeździe. Marianka oszalała, dziecko pod pachę i zniknęła. Szukałam, płakałam, nigdzie jej nie było, jak kamień w wodę.

Wojtek słuchał, aż echo mu dudniło w uszach Przepadła, przepadła

***

Przestań, Wojtku, ileż można! Całą zimę chodzisz jak trup, nie mówisz, nie pijesz, z nikim nie rozmawiasz. Życie toczy się dalej! lamentowała Marta. Ale syn był jak nieprzytomny.

Jak czas minął, wiosna minęła, a on zamienił się w cień, milczący, martwy w środku. Ani matka, ani potencjalne panny nic nie znaczyły, gospodarował tylko z przyzwyczajenia.

Rok minął, drugi na ukończeniu. Marta chodziła smutna, zżerała się zazdrością, rozpaczała. W końcu i ją choroba żalu powaliła do łóżka. Lecz lekarze z Krakowa i tak nie pomogli nie było ziół na ból duszy.

Do końca lata Marta umarła nie wyjawiła synowi, jak naprawdę Marianna odeszła.

Wojtek został zupełnie sam. Dni powszednie, wieczory samotne. Myśli coraz ciemniejsze kłębiły się w głowie. Postanowił: po czterdziestym dniu po matce przygotuje stypę dla sąsiadów, a potem koniec.

***

No i przyszła! skrzeczała babka Agata do kłębiącej się ciemnej cieni. Za życia sumienia nie miała, a po śmierci co ją gryzie?

Nie ujrzy ich wyszeptała cicho zjawa.

Wiem bez ciebie, że nie ujrzy! Sama sobie winna. Wielkie nieszczęście zgotowała, teraz przyszła po rozgrzeszenie skomentowała Agata.

Zjawa przykleiła się do babki, a jej oczom ukazały się koszmary Wojtek u brzegu mokradeł, a za nim czarne diabły, czekające na potknięcie duszy

***

Marianko, kusi mnie zbierać żurawinę. Matka byłaby rad, a i dzieciom zdrowie by darowała zawołała Akulina.

A to i poszukam. Dla dzieciaka wszystko zgodziła się Marianna, spojrzała z czułością na bawiącego się Wawrzynka. Jutro z samego rana pójdę, jeśli pani z nim posiedzi.

Pewnie, z takim łobuziakiem to sama radość!

Matko Boska pomogła! uśmiechnęła się Marianna. Gdyby nie pani przy studni, żywa bym dziś nie była

***

Czterdziestego dnia po śmierci Marty odbyło się porządne stypowanie kutia, naleśniki i msza w kościele. Gdy wszyscy sie rozeszli, Wojtek wstał, ubrał się i ruszył w głąb lasu.

Nie widział, gdzie idzie życie jak film przewijało się pod powiekami: Marianka, Wawrzynek, matka

Ciemno mi w duszy, nie zdzierżę dłużej tego bólu, powtarzał idąc nad mokradła.

Nagle usłyszał śpiew cieniutki, znajomy głos. Po drzewach przemykał biały cień.

Marianno wyszeptał. Idę do ciebie, kochanie.

Nagle zobaczył ją Marianna, biała jak śnieg, stoi na drugim brzegu bagna, on po pas w błocie.

Wydaje mi się, że umarłem już, Marianko jęknął.

Co ty, Wojtku, przecież żyję! zawołała dziewczyna.

Wojtek zesztywniał. Żywa powtórzył i nagle zaczął się wyrywać z bagna, aż w końcu, pomagany przez Mariannę, wydostał się na brzeg.

Objął ją łapczywie, całował i śmiał się, i płakał

***

Gdy się dowiedział, że Marianka żyje, a Wawrzynek zdrów jak rydz, mógł ze szczęścia oszaleć. Wpadł do chaty Akuliny, swojego syna wyściskał, a Akulina musiała go naparem uspokajającym poić, żeby się nie udławił łzami.

Po tylu rozmowach trudnych i dobrych, Wojtek już ręki żony nie wypuścił.

I złe chwile zaczęły się w końcu rozmywać dnia powszedniego szczęścia.

Na dobre przenieśli się do wsi, w której Marianna znalazła dom. Gospodarkę przekazał stopniowo w nowe ręce po co wracać tam, gdzie w sercu tylko bolący kamień?

Zamieszkali z Akuliną, która, choć z obcej krwi, stała się dla nich jak matka.

A Marta? Jej grób zarastał, w pamięci już nie wracała. I nikt nie wie do dziś, czy gdzieś na drugim świecie dusza, co tyle bólu sprawiła, znalazła spokójJesienią, gdy liście złociły się na nowo, a ranki pachniały dymem, w ich małej chacie rozgrywało się szczęście ciche i codzienne. Wawrzynka, już rumianego synka, wszyscy we wsi nazywali tym od Marianny, co śmierć przechytrzył a on biegał po ogrodzie, brodził w malinach, podbierał miód Akulinie i śmiał się jak dzwonek. Wieczorami, gdy nad lasem kładła się mgła, rodzina siadała razem u stołu. Marianna śmiała się z Wojtkowych żartów, a on z dumą głaskał ją po włosach, pamiętając czasy, gdy myślał, że wszystko stracił.

Akulina, choć nie była prawdziwą matką żadnemu, dla obojga stała się opiekunką i powiernicą. Nikt już nie pytał we wsi o przeszłość Marianny byli tu nowi ludzie, pracowici, uczciwi, gotowi pomóc każdemu, kto potrzebował. Nawet, gdy na świecie pojawiła się druga kruszynka dziewczynka o oczach Marianny i łobuzerskim uśmiechu Wojtka sąsiadki przychodziły gratulować, a nikt nie wspominał dawnych czasów.

W listopadowy wieczór, podczas pierwszej zadusznej mszy Wawrzynek zapalił lampion pod krzyżem, a Marianna roześmiała się przez łzy wiedziała, że tam, po drugiej stronie, babcia Aniela patrzy i czuwa, babka Agata w lesie rozpala ogień pamięci.

W ten sam dzień, kiedy nad polami przetoczył się cichy wiatr, rodzina wspięła się razem na wzgórze. Marianna spojrzała w dal, na rozświetloną światełkami wieś, poczuła ramiona Wojtka na swoich barkach, ciepłą dłoń Wawrzynka i maleńką rączkę córeczki. Łzy popłynęły jej po policzkach już nie gorzkie, ale leciutkie i radosne.

Teraz, Wojtku, już nigdy nie damy się wygnać z naszego szczęścia, prawda?

On tylko uśmiechnął się i ujął jej twarz w dłonie.

Nas nikt nie rozdzieli. Łączy nas miłość, a ona nie zna granic ani czasu, ani śmierci.

W oddali rozległo się odległe wołanie żurawi. Nad lasem przelatywały dusze, białe jak mgła a w sercach tych, co zostali, zakwitła nadzieja. I tak, w czułym objęciu, w głębokiej ciszy wieczoru, Marianna po raz pierwszy zrozumiała, co to naprawdę znaczy: być u siebie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kobiece Losy: Historia Marianny Zmarła babcia Anastazja, a Mariannie zrobiło się zupełnie smutno. S…