Szłyśmy z moją przyjaciółką do szkoły, a jakiś dziwak z naszej szkoły szedł za nami.
Był dwa lata młodszy, brzydki i obrzydliwy. Najpierw chichotałyśmy, a potem głośno żartowałyśmy z jego piskliwego głosu i krzywego chodu. Zaczął wykrzykiwać w naszą stronę brzydkie słowa, ale my dzielnie mu odpłacałyśmy. Podeszłyśmy do bram szkoły zwycięskie w walce.
Nagle podskoczył do nas dzieciak o głowę niższy od nas. Podszedł do mnie blisko i syczał, patrząc mi w oczy: „Jeśli powiesz jeszcze jakieś obraźliwe słowa pod jego adresem, to Cię uderzę! Stanie Ci się krzywda, pamiętaj!”. Byłam zaskoczona jego bezczelnością, ale nie chciałam kontynuować serii zwycięskich żartów. Nie rozumiałam tylko, dlaczego tak go bronił, przecież to dziwak!
Ten chłopak, któremu my rozwydrzone trzynastolatki dokuczałyśmy za nic, miał porażenie mózgowe. Sam chodził do szkoły i dobrze sobie w niej radził. Wyróżniał się, oczywiście.
Wtedy jeszcze nic nie słyszałam o porażeniu mózgowym. Tak jak nie słyszałam nic o tym, że ludzie są inni. Nie wiedziałam, że istnieją śród nas ludzie na swój sposób wyjątkowi: autystycy, ludzie z zespołem Downa, ludzie, którzy nie potrafią zrozumieć mowy ze słuchu, ludzie z dysleksją… I ludzie z milionem innych schorzeń! Ja znałam tylko dwa słowa: dziwak i niedorozwój.
Szczerze mówiąc, to nie tylko dzieci ze specjalnymi potrzebami się czepiałam.
Krytykowałam staromodnie ubrane dziewczyny, flegmatycznych i pryszczatych chłopców też. I wyraźnie pamiętam dlaczego. Ponieważ NIE BYLI NORMALNI, nie spełniali powszechnych oczekiwań, standardów i norm, o których zawsze mówili dorośli.
A ja? Ja byłam o wiele lepsza!
Uczyłam się bardzo dobrze, byłam posłusznym i pilnym dzieckiem, ale nawet takie dziecko może mieć rodziców, którzy w specyficzny sposób rozumieją proces wychowania. Rozumieją go jako tresurę psa – kiedy pochwała i miłe słowo są dawane tylko za coś dobrego, jak piątka w dzienniku lub umyte naczynia.
Jeśli podzieliłam się z rodzicami tajemnicą, w ciągu tygodnia wracała ona do mnie w formie kpiny lub wyrzutu. Nie winię mojej rodziny za nic. Moja własna siostra nie była takim potworem jak ja. Po prostu kiełki perfekcjonizmu i lęku zostały mi tak wpojone przez rodzicielskie wychowanie.
Ani moje nauczycielki z przedszkola, które do dziś wspominam z przerażeniem, ani nauczyciele w szkole nie tłumaczyli mi, że to jest w porządku być w czymś gorszym, być innym i być sobą. Nie można myśleć o sobie, że jest się idealnym i cały świat wokół musi się zmienić w ten sam sposób.
Jestem tak pewna swojego rozumowania, ponieważ bardzo dobrze pamiętam, kiedy przestałam znęcać się nad innymi dziećmi.
W wieku 14 lat dołączyłam do Teatru Twórczości Młodych. W pierwszym roku w pracowni były nowe dzieciaki – robiły skecze, przedstawienia, ogólnie uczyły się sztuki teatralnej. W naszej pracowni była też bardzo szczupła, zabawna dziewczyna w okularach.
Pewnego dnia odgrywała rolę, w której chodziła po wyimaginowanej linie. A gdy tak próbowała utrzymać równowagę, okulary zsunęły się jej z nosa. A że pokazywała etiudę i balansowała rękoma, nie mogła sobie pozwolić na mocowanie ich dłonią – to nie byłoby prawdziwe i mogłaby spaść z wyimaginowanej liny! My, reszta uczniów, siedzieliśmy tam i śmialiśmy się z niej. A ona wciąż balansowała na tej linie…
Po zakończeniu etiudy nasza nauczycielka powiedziała cicho i smutno, że byliśmy bardzo złymi widzami. Mówiła spokojnie, ale stanowczo.
O szacunku dla twórczości, o oryginalności i niepowtarzalności każdego z nas. Te słowa dotknęły czegoś w środku, poruszyły moje serce. Nigdy więcej się to nie powtórzyło. Po tym wydarzeniu teatr stał się moim domem. Dużo się śmiałam, śpiewałam z innymi, zostawałam do późna, zakochiwałam się, mieszkałam tam…
Morał jest bardzo prosty. Gdy tylko zostałam zaakceptowana – z moim głośnym „nieprzyzwoitym” śmiechem, hałaśliwą, pyzatą twarzą – taka, jaka jestem, nie miałam ochoty naginać innych do „normy”. Gdy tylko zaczęto mnie szanować i pozwolono mi być wyjątkową osobą, stałam się bardziej życzliwa dla innych.
A chłopak ze szkoły, któremu tak okrutnie dokuczaliśmy, zmarł kilka lat później. Został przejechany przez samochód. Chodził bardzo powoli i nie mógł odskoczyć, jak to często robimy my, gdy jedzie na nas samochód – my, ludzie, którym Bóg dał zdolność chodzenia i szybkiego biegania.
Dowiedziałam się o tym i płakałam przez kilka dni. Zarówno wtedy, jak i teraz czuję, że to też była moja wina. Wciąż nie mogę zapomnieć jego głosu. Był cienki i dźwięczny, a tak naprawdę to ja byłam dziwakiem.
I jeszcze jedno.
Sama mam teraz dziecko niepełnosprawne rozwojowo. I jest mu ciężko w szkole. Widziałam to na własne oczy: niespokojne małe dzieci, często trudne i nieakceptowalne w swojej złożoności, próbujące uporządkować świat kosztem mojego syna. Nawet jeśli rozmawia się z ich rodzicami, to po prostu zasadniczo nic się nie zmienia.
Może przeniosę go do innej szkoły. Chociaż nasza jest najlepsza jaką znam, pomimo tego, że dzieci potrafią kogoś pobić tylko dlatego, że ma stary telefon. Mój syn ma się dobrze. On się tam trzyma. Razem trzymamy się tam.
Wszyscy jesteśmy wyjątkowi, wszyscy jesteśmy inni.



