Jak to z moją żoną postanowiliśmy się rozstać przynajmniej tak nam się wtedy wydawało przyszło to jakoś spokojnie, bez dramatu. Umówiliśmy się, że tak będzie najlepiej. Zachowywaliśmy się z klasą, nawet padały żarty. Przecież zawsze byliśmy ludźmi na poziomie.
Żona spakowała rzeczy. Naszego psa, małego Łatka, też zabrała.
Pojechała.
Na trzy dni, do młodszej siostry, która mieszka wtedy była na Pradze w Warszawie.
Dziewczyny najwyraźniej miały ochotę pobyć tylko w swoim towarzystwie podczas kilku wolnych dni leniuchować, gadać bez końca, oglądać filmy, podjadać ptasie mleczko w łóżku, śmiać się do łez z jakichś zdjęć na Instagramie. No i rozczulać się nad tym naszym psem.
A ja? Co robiłem? Szczerze mówiąc nic nadzwyczajnego. Nie rzuciłem się po piwo, nie dzwoniłem po kolegów, żeby zorganizować zakrapianą imprezę. Nie miałem do tego głowy, nie musiałem.
Co najwyżej, puszczałem sobie od rana trochę głośniej muzykę. Ach, no i umyłem kuchenkę oraz wyczyściłem lodówkę. Ot, na tyle mnie było stać jeśli chodzi o szaleństwo.
Wczoraj żona z Łatkiem wróciły. Wieczorem. Były uściski, całusy, to wiadomo. Nawet sam zaproponowałem, żebyśmy razem wyszli z psem na spacer. Zazwyczaj to żona wyprowadza psa i to bardzo krótko. Teraz ubraliśmy Łatka cieplej, wybraliśmy się na przechadzkę wokół naszego bloku na Woli. Szliśmy obok siebie, długo rozmawialiśmy. Pies zgubił jeden z zimowych bucików, nawet tego nie od razu zauważyliśmy.
Zwykle wieczorem oglądamy film albo czytamy książki. Tym razem nic z tego nie wyszło jakoś położyliśmy się wcześniej spać.
Wiecie, dziś myślę, że takie krótkie rozłąki bardzo dobrze wpływają na małżeństwo. Ba, uważam nawet, że przynajmniej raz na pół roku każdemu związkowi jest to wręcz potrzebne. Ale nie chodzi mi o rozstania z wrzaskiem i jadę do mamy!. Nie. Mam na myśli zdrową przerwę. Umówić się: ktoś jedzie na trzy dni do siostry, do przyjaciółki w Krakowie, na grilla na Mazurach, albo choćby do Ciechocinka, opcji jest mnóstwo.
Urlop od siebie nawzajem to ważna i potrzebna rzecz. Nawet w najlepszym związku. Przecież każdy scenariusz życia czasem wymaga odmiany, jak w dobrej powieści. Dobrze być szczęśliwym w domu, ale odrobina dramaturgii nie zaszkodzi, sprawia, że wszystko jest ciekawsze.
Facetowi, powiem szczerze, czasem naprawdę jest potrzebna chwila samotności. Nie chodzi o dziczenie przy wódce, tylko żeby pobyć chwilę samemu. Może i kobiecie jest to także potrzebne, tu nie będę udawał eksperta. Chociaż wydaje mi się, że kobieta to istota o wiele bardziej społeczna, komunikatywna, potrzebująca kontaktu z innymi. Ale nie wiem nie znam się aż tak.
Dla faceta, taki krótki okres samotności to czas wręcz niezbędny. Dlaczego, według was, mężowie uciekają na ryby? Bo im zależy na rybach? Przecież to nie o to chodzi. Facet chce po prostu posiedzieć dzień dwa w ciszy, patrząc na wodę i słuchając ptaków. To rodzaj medytacji.
Ale najważniejsze jest w tym wszystkim spotkanie. Powrót. To wtedy w człowieku budzi się radość, czułość, namiętność właśnie dla takich chwil warto. Witaj, kochana!
I położyć się razem jak najszybciej do łóżka, żeby nie tracić już ani minuty…

