Jak bardzo pomyliliśmy się w wychowaniu dzieci! Nie ma wyjścia, postanowiliśmy pozostawić ich bez spadku

Oj, jakże się myliliśmy, wychowując nasze dzieci! Ja i mój mąż, dwoje starych głupców, tak się staraliśmy, a teraz patrzcie, co z tego wyszło. Opowiem wszystko, co mi pozostało, nie ma co ukrywać, że popełniliśmy błąd, i to nie byle jaki.

 

Zostawimy dzieci bez spadku, i to świadomie. Słuchajcie tylko, co nam się przytrafiło. Kiedyś, zanim dzieciaki przyszły na świat, to modliliśmy się o nie, chodziliśmy do kościoła, a nawet do wróżek, prosząc o cud. I oto cud się zdarzył – najpierw Anetka, a potem Bartek. Nasze skarby, nasze życie. Daliśmy im wszystko, co najlepsze, co tylko mogliśmy. Nigdy nie podnieśliśmy na nich ręki, zawsze szukaliśmy porozumienia, mieliśmy miękkie serca, choć Bartek przysparzał nam trochę kłopotów, bardzo porywczy był jako dziecko.

Ale wiecie co? Okazało się, że to nie była najlepsza droga. Nasze dzieci, zamiast wdzięczności, okazały nam lekceważenie. Pewnego dnia, kiedy zachorowałem i nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie mogłem uwierzyć, co usłyszałem. Ale po kolei.

Żona tego dnia wyszła na zakupy. Jesteśmy już w sędziwym wieku, więc wszystko nam idzie wolno, toteż na takich zakupach żona potrafi być i ze trzy godziny. Ja od rana czułem, że coś mi jest, więc miała od razu pójść do przychodni, co mamy na osiedlu i poprosić lekarza, żeby do nas przyjechał na wizytę domową. Jak tylko wyszła, chciałem sobie nalać wody do szklanki, ale wstałem i od razu wylądowałem na podłodze. Nie było znikąd pomocy, leżałem tak, dopóki żona nie wróciła. Sam niewiele pamiętam, nie rozumiałem, co się dzieje, ani co później ratownicy z karetki do mnie mówią. Okazało się, że miałem wylew. Nie mogę teraz chodzić, mam rehabilitantkę dwa razy w tygodniu, może jeszcze stanę na nogi, ale na razie jestem przykuty do łóżka. Moja żona to też schorowana, ledwo sił jej starcza na samą siebie. Dlatego zadzwoniliśmy do dzieci, żeby trochę nam pomogły. Czy to swoją pomocną ręka, czy zatrudnili jakąś opiekunkę…

Moja córka, nasza Anetka, przyjechała do nas z przyjaciółką, z alkoholem! Powiedziała, że zostanie u nas tydzień albo dwa, żeby nam pomóc. Ale żadnej pomocy nie było, była libacja do północy – siedziały, śmiały się, żadna nie przyszła, żeby choć kolację zrobić. Jak już były wstawione, to nie zważały na to, co mówią. Mówię do córki, żeby była ciszej, bo my już jesteśmy za starzy, potrzebujemy spokoju, na co ona się zdenerwowała i w złości powiedziała tej swojej znajomej, że my, stara para durniów, liczymy na darmową niańkę.

Przeżyłem szok życia. Zrozumiałem, że to my, ja i moja żona, jesteśmy sobie winni. Zrobiliśmy z naszych dzieci potwory. Syn nawet nie przyjechał, chociaż tak prosiliśmy. Oboje pokazali swoje prawdziwe oblicze – chciwość i pazerność.

 

Przeczytaj także: Wysyłamy córce na studiach paczkę z jedzeniem i kopertą. Raz tego nie zrobiliśmy. Jej reakcja nas zasmuciła

 

Postanowiliśmy, że sprzedamy nasze mieszkanie w centrum i przeniesiemy się do domu starców. Jak dzieci się o tym dowiedziały, to odcięły się od nas całkowicie. Ani słowa od nich, nawet telefonu, czy żyjemy.

Długo zastanawiałem się, czy dobrze robimy. Ale teraz wiem. Wszystko, co mamy, trzeba sprzedać. Niech dzieci zobaczą, jak bardzo się mylili, nazywając nas durniami. To będzie nasza ostatnia lekcja dla nich. Może wtedy zrozumieją, co zepsuli. I tyle wam powiem – wychowanie dzieci to nie jest żart, a miłość… miłość czasem wymaga twardej ręki.

Oceń artykuł
TwojaCena
Jak bardzo pomyliliśmy się w wychowaniu dzieci! Nie ma wyjścia, postanowiliśmy pozostawić ich bez spadku