Gdzie rozbrzmiewa muzyka

Gdzie brzmi

Wiola Nowicka zdążyła zdjąć płaszcz i wyjąć z torby teczkę z nutami, kiedy do drzwi sali doklejono kartkę A4. Przez chwilę pomyślała, że to instrukcja bezpieczeństwa pożarowego, dopiero potem przeczytała: Od 1-go sala zamknięta. Remont. Czynsz podniesiony. Podpis zarządcy budynku i numer telefonu.

W środku już szumiały głosy. Ktoś rozgrzewał głos, ktoś szukał okularów, ktoś rzucił, że im też by się przydał remont, ale nikt się nie roześmiał. Dyrygent chóru, pan Andrzej Bartoszewicz, stał przy pianinie, trzymał kartkę jakby wierzył, że da się z niej odkleić inną, lepszą rzeczywistość.

Zaczniemy od rozśpiewki powiedział, głos miał równy, ale Wiola słyszała, jak kontroluje siebie, żeby się nie załamać.

Rozśpiewywali się zawsze tak samo, i było w tym coś ratującego. M-m-m, na-na-na, miękkie stopnie w górę i w dół. Wiola czuła jak dźwięk zbiera się w klatce piersiowej, jak staje się nie tylko jej, lecz wspólny. Odkąd przeszła na emeryturę i w domu zrobiło się za cicho, chór trzymał ją za ramiona. Nie jak obowiązek, ale jak miejsce, w którym nie znika.

Po rozśpiewce pan Andrzej podniósł rękę.

Sytuacja jest taka. Proszą nas przerwał, poprawił sformułowanie stawiają nas przed faktem dokonanym. Sala zamknięta do remontu. Czynsz będzie trzy razy wyższy. Tego nie udźwigniemy.

Jak to my? odezwała się natychmiast pani Hanna Rusek, która zawsze mówiła pierwsza. Przecież jesteśmy przy domu kultury. Nie jesteśmy prywatni.

Dom kultury należy teraz do innej jednostki odpowiedział pan Andrzej. Tak mi dziś powiedzieli. Optymalizacja. I jeszcze jedno znów spojrzał na kartkę, jakby tam napisano coś bardzo osobistego. Usłyszałem: Powinniście siedzieć już w domu. Młodzi muszą mieć miejsce.

Wiola poczuła, jak coś w niej wzbiera i zaciska w gardle. Nie żal, ale złość, sucha jak kaszel. Przypomniała sobie, jak tu wieszali szaliki na oparciach krzeseł, jak przynosili ciasteczka na czyjeś urodziny, jak w grudniu stawiali małą sztuczną choinkę przy oknie i śpiewali tak, że woźny wychodził posłuchać, udając, że sprawdza grzejniki.

My przeszkadzamy komuś? spytała, zdziwiona, że głos jej nawet nie zadrżał.

Przeszkadzamy tym, co uważają, że jesteśmy zbędni odpowiedział pan Andrzej. Ale nie będziemy się wdawać w dyskusje z powietrzem. Ustalmy, co robimy.

Postanowili najpierw walczyć. Tak właśnie mówili walczyć, choć nikt z nich nie miał w tym wprawy. Następnego dnia Wiola poszła do urzędu dzielnicy z panem Andrzejem i jeszcze dwiema chórzystkami. Wzięli teczkę z pismem, listą członków, kopią podziękowań za występ na festynie miejskim. Wiola założyła swoją ciemną spódnicę i elegancką bluzkę, jak do pracy.

W sekretariacie pachniało kawą z automatu i papierem. Sekretarka, młoda kobieta z idealnymi paznokciami, nawet nie podniosła wzroku.

W jakiej sprawie?

Chór Jarzębina powiedział pan Andrzej. Zamykają nam salę.

Proszę złożyć wniosek przez ePUAP odparła sekretarka. Lub w urzędzie miasta.

Już złożyliśmy wtrąciła pani Hanna, wyciągając pismo. Tu z podpisami.

Papierów nie przyjmuję sekretarka wreszcie zerknęła, spojrzenie miała nie złe, tylko zmęczone. Wszystko przez system.

A system Wiola się zawahała. Opłaty umiała robić w telefonie, ale to system brzmiało jak drzwi bez klamki. A jeśli chcemy porozmawiać?

Proszę się zapisać na rozmowę odparła sekretarka. Najbliższy termin za dwa tygodnie.

Po dwóch tygodniach dowiedzieli się, że sprawa w kompetencji właściciela, właścicielem jest zarządca, a zarządca ma warunki komercyjne. Pan Andrzej spokojnie pytał, prosił choćby tymczasowo, na czas remontu. Odpowiedzi były gładkie jak z instrukcji. Wiola słuchała i czuła, że ich głosy tutaj nie tworzą już chóru, każdy dźwięk gaśnie w suficie.

Próbowali dalej: szkoła, biblioteka, dom kultury. W szkole wicedyrektorka powiedziała, że po lekcjach wszystko zajęte przez kółka, i kiedy pani Hanna dopytała jakie, mówiła tak szybko, jakby się broniła. W bibliotece pani kierownik zamiast się ucieszyć, przypomniała o ciszy i skargach czytelników. W domu kultury zaproponowano im piwnicę, gdzie stały stoły do ping-ponga i czuć było wilgoć. Pan Andrzej spojrzał w sufit i powiedział cicho:

Tu pogubimy głosy.

Najgorsze nie były odmowy, ale słowa, które do nich przylepiały: grupa wiekowa, niecelowe, nie pasuje do profilu. Jedna pani zza biurka, nie podnosząc wzroku znad monitora, rzuciła:

Przecież śpiewacie dla siebie, nie? To ćwiczcie u siebie.

Wiola wyszła z urzędu i zdała sobie sprawę, że idzie za szybko, jakby od czegoś uciekała.

W piątek przyszli pod dom kultury jak zwykle. Drzwi zamknięte, na szybie ta sama kartka, tylko teraz do niej doklejono drugi napis: Osobom postronnym wstęp wzbroniony. Stała z teczką, nie wiedząc, co zrobić z rękami. Pan Andrzej podszedł i spojrzał na ich małą gromadę.

Nie rozchodzimy się powiedział. Idziemy do biblioteki. Załatwiłem godzinę, w czytelni, jak jeszcze spokojnie.

A jeśli nas wyrzucą? spytała cicho pani Celina Lis, niechętna do sporów.

To nas wyrzucą odpowiedział pan Andrzej. Ale spróbujemy.

Do biblioteki było dziesięć minut. Szli jeden za drugim, jak dzieci na wycieczce, tylko bez nauczycielki. Wiola czuła spojrzenia ludzi na przystanku: jedni z zainteresowaniem, inni z niechęcią, jakby zajmowali za dużo miejsca.

W bibliotece przywitał ich chudy pan w swetrze.

Tylko cicho proszę powiedział, zaraz się zmieszał. Znaczy możecie śpiewać, tylko żeby nie przeszkadzać.

Postaramy się zapewniła Wiola.

Stanęli między regałami, gdzie książki patrzyły grzbietami jak surowi świadkowie. Pan Andrzej nie szukał pianina, nie było go tutaj. Dał ton szeptem. Wiola obawiała się, że bez instrumentu się rozpadną, stało się odwrotnie: słuchali się uważniej. Oddech koło człowieka okazał się ważniejszy, niż opieka nad klawiszem.

Przez pierwsze minuty ludzie w czytelni podnosili głowy, ktoś marszczył brwi. Jedna kobieta w kurtce szepnęła: Co to ma być? i demonstracyjnie zatrzasnęła książkę. Ale kiedy zaśpiewali prostą piosenkę, którą znali prawie wszyscy Polacy, w sali zrobiło się ciszej niż przed nimi. To była cisza nie biblioteczna, tylko słuchająca.

Po próbie podszedł bibliotekarz:

Rzadko mamy tu tyle życia. Następnym razem proszę bliżej okna. Tam mniej przeszkadzamy.

Pan Andrzej przytaknął, jakby zaoferowano mu scenę.

Ale następny raz nie doszedł do skutku. Przy trzeciej wizycie kierowniczka zawołała bibliotekarza i powiedziała przy wszystkich:

Już mieliśmy telefony. Ludzie się skarżą. To biblioteka, a nie klub.

Wiola patrzyła na swoje dłonie. Chciała powiedzieć: Nie jesteśmy klubem, tylko chórem, słowa jednak nie mogły znaleźć miejsca. Pan Andrzej podziękował, zebrali się i wyszli.

No proszę powiedziała pani Celina. Wstyd.

To słowo zabolało bardziej niż powinniście siedzieć w domu. Bo padło z ich strony.

To nie jest wstyd odcięła się pani Hanna. My śpiewamy.

Śpiewamy powtórzyła pani Celina a ludzie się skarżą. To jednak przeszkadzamy.

Wiola szła obok i czuła, jak w środku coś się kołysze, kruche i niepewne. Rozumiała Celinę. Sama chciała wrócić do sali, gdzie wszystko było na swoim miejscu, tam nikt nie mógł powiedzieć, że są zbędni. Ale tej sali już nie było, jakby ktoś zabrał pokój z własnego życia.

Pan Andrzej zatrzymał się przy wejściu do przejścia podziemnego.

Zróbmy to tu powiedział nagle.

Tutaj? pani Hanna rozejrzała się. Ludzie chodzili w górę i w dół, ktoś się spieszył, ktoś ciągnął torbę. W kącie stał chłopak z głośnikiem i grał na gitarze.

Tu jest świetna akustyka powiedział pan Andrzej. I nikomu nie jesteśmy winni.

Wiola poczuła, jak robią jej się lodowate dłonie, wstydziła się na zapas, jeszcze zanim zaczęli. Pan Andrzej już stanął przy ścianie, podniósł rękę.

Jedno tylko utwór powiedział. Żeby zobaczyć.

Zaczęli cicho, jakby próbowali wodę palcem. Przejście naprawdę trzymało dźwięk; wracał do nich miękko, głosy splątały się i wzmocniły. Ludzie najpierw przechodzili obojętnie, ktoś się uśmiechnął, ktoś udawał, że nie słyszy. Dziewczynka zatrzymała się i pociągnęła mamę za rękaw:

Mamo, patrz, babcie śpiewają.

Mama już chciała ją pociągnąć, ale sama stanęła w miejscu. Wiola zauważyła, jak jej twarz łagodnieje.

Nie wszyscy byli tacy. Mężczyzna w kurtce z reklamówką przystanął i głośno powiedział:

Co tu sobie urządziliście? Przejście, nie koncert.

Nie blokujemy nikomu drogi odpowiedział spokojnie pan Andrzej, nie opuszczając ręki.

Mam to gdzieś wzruszył ramionami facet. W domu sobie śpiewajcie.

Wiola poczuła, że trzęsie jej się podbródek. Śpiewała dalej, dźwięk robił się coraz cieńszy. Patrzyła na kafelki pod nogami i myślała: jeśli teraz się zamknę, już nie wrócę. Trzymała się wspólnego brzmienia jak poręczy.

Po utworze ktoś zaklaskał. Najpierw jedna osoba, potem kolejna. To nie była scena, bardziej podziękowanie, że w przejściu pojawiło się na chwilę coś innego niż pośpiech.

No widzicie powiedziała pani Hanna z nutą triumfu.

Widzimy zgodziła się pani Celina, lecz uśmiechu nie było.

Po tygodniu już wiedzieli, jak stać, by nie tamować ruchu, i kiedy jest najmniej ludzi. Próbowali jeszcze park, gdzie rano spacerowały mamy z wózkami i seniorzy z kijkami, próbowali korytarz przy przychodni, kiedy czekali na numerek to było najtrudniejsze: ludzie kasłali, narzekali na kolejki. Ale pewnego dnia, gdy cicho zaśpiewali krótką piosenkę, kobieta z opatrunkiem na ręku powiedziała:

Dzięki. Choć na chwilę przestałam myśleć o badaniu.

To Wiola zapamiętała jak maleńką wygraną.

Pan Andrzej mówił o tym: śpiewaj tam, gdzie stoisz. Nie robił z tego hasła, tak po prostu wyjaśniał, czemu znów spotykają się na przystanku albo w skwerze.

Nie jesteśmy tylko dla siebie powiedział kiedyś po próbie w parku. Siedzieli na ławce, Wiola nie mogła odkręcić zakrętki wody, pan Andrzej pomógł i to było tak ludzkie, że chciała się rozkleić.

To dla kogo? spytała pani Celina.

By miasto pamiętało, że ma głos odpowiedział pan Andrzej. I żebyśmy sami nie zapomnieli.

Słowa były zwyczajne, ale Wiola wiedziała, że trafiają prosto do niej. Przypomniała sobie, że po śmierci męża długo bała się dzwonić przez telefon, jakby głos był niepotrzebny. Tu jednak był potrzebny, i nie tylko jej.

Konflikt wybuchł, gdy najmniej się tego spodziewali. W centrum handlowym, w małej kawiarni na piętrze, gdzie pan Andrzej załatwił na godzinkę w środku tygodnia. Właściciel, facet około czterdziestki, powiedział przez telefon: Śpiewajcie, nie szkoda mi ludzie posłuchają. Przyszli, zbili stoły, ustawili krzesła w półkolu. Wiola delikatnie powiesiła płaszcz, teczkę położyła na kolanach.

Pierwsze dwie piosenki poszły dobrze. Kilku klientów nagrało telefonem, ktoś się uśmiechał. Wiola poczuła się jak znów w sali, a nie na ulicy. Wtedy podszedł ochroniarz:

Kto pozwolił? zapytał, służbowo, nie wrogo.

Szef kawiarni odpowiedział pan Andrzej. Jesteśmy umówieni.

Regulaminy są ochroniarz rozejrzał się po sali nie wolno imprezować bez zgody. Skarga przyszła. Ludzie mówią, że głośno.

Ale my cicho wtrąciła pani Hanna.

Cicho, nie cicho westchnął ochroniarz. Kazało mi kierownictwo skończyć.

Wiola spojrzała na panią Celinę, która pobladła. Ta zaczęła zbierać nuty.

A nie mówiłam, wstyd szepnęła, nie patrząc nikomu w oczy.

Nie trzeba Wiola odezwała się do Celiny, nawet zaskoczona, że to ona. Przecież nic złego nie robimy.

Przeszkadzamy odpowiedziała tamta. Nie chcę być tą co nie wie, gdzie jej miejsce.

Pan Andrzej stanął między chórem a ochroną, jakby rozdzielał dwie ściany.

Umówmy się tak zaproponował. Dokończymy utwór i idziemy. Bez sprzeczek.

Nie można pokręcił głową ochroniarz. Od razu.

Właściciel kawiarni wyszedł zza lady, zaniepokojony.

Przepraszam, ja tylko chciał tłumaczyć.

Mandat dostaniesz, szefie rzucił ochroniarz. Daj spokój.

Wiola poczuła, jak wraca jej ta sucha złość, lecz miesza się ze zmęczeniem. Była już zmęczona udowadnianiem, że ma prawo oddychać i brzmieć.

Spakowali się w ciszy. Teczki szurały, krzesła skrzypiały. Wiola zapięła płaszcz, żeby zająć dłonie. Przy wyjściu usłyszała od kogoś z gości: Szkoda, było miło. I to szkoda dziwnie dodało otuchy.

Na ulicy pani Celina powiedziała:

Ja już nie przyjdę. Przepraszam.

Pani Hanna wybuchła:

Jasne, tylko się pojawia trudność to od razu

Haniu przerwał jej pan Andrzej. Nie teraz.

Wiola patrzyła, jak Celina odchodzi do przystanku, drobna i zgarbiona. Chciała ją dogonić, ale nogi nie ruszyły. Wiedziała, że każdy ma swój próg.

Następnego wieczoru długo siedziała w kuchni. Herbata wystygła, ale Wiola nie zwracała uwagi. W głowie dudniło: Gdzie miejsce. Nagle zobaczyła jasno, że przez cały czas próbowali odzyskać nie tyle salę, co dawne poczucie bezpieczeństwa. Może potrzebują czegoś innego: nie konkretnego miejsca, lecz sposobu, by być razem, nawet jeśli komuś to przeszkadza.

Następnego dnia zadzwonił pan Andrzej.

Pani Wiolo odezwał się może pani zajrzeć do biblioteki? Nie tej starej, tylko dziecięcej, na sąsiedniej ulicy. Nowa kierowniczka, rozmawiałem, ale potrzebują kogoś od nas, by wyjaśnić, że nie będziemy przeszkadzać.

Wiola poszła. W dziecięcej bibliotece było jaśniej, na ścianach dziecięce rysunki, w kącie stało stare, ale zadbane pianino. Kierowniczka, krótko ścięta, słuchała uważnie.

Wieczorami mamy tu pusto powiedziała. Dzieci wychodzą, kółek nie ma. Tylko prośba: śpiewacie nie za głośno i raz w miesiącu otwarty wieczór. Bez sceny, kto chce może podejść i posłuchać.

Możemy odpowiedziała Wiola, czując, jak coś w niej się prostuje.

Jeszcze jedno dodała kierowniczka. Moja mama jest w waszym wieku i ciągle narzeka, że nie ma dokąd iść. Niech przyjdzie.

Wiola wyszła i zauważyła, że idzie wolniej nie ze zmęczenia, tylko bo nie musi już uciekać.

Pan Andrzej zebrał chór w parku, żeby przekazać wiadomość. Przyszli niemal wszyscy prócz Celiny. Pani Hanna zaciskała usta jakby bała się cieszyć na zapas.

To nie sala w domu kultury powiedział pan Andrzej. Ale to miejsce. I mamy format. Raz w miesiącu otwarty wieczór, reszta próby.

A jak znowu nas wyproszą? ktoś zapytał.

To będziemy szukać dalej odpowiedział. Przynajmniej wiemy już, że umiemy.

Wiola zapytała:

A Celina?

Pan Andrzej westchnął:

Zadzwonię do niej. Ale lepiej, żebyś ty też.

Wiola zadzwoniła wieczorem. Celina długo milczała, potem powiedziała:

Po prostu nie chcę, by patrzono na mnie jak na

Jak na żywą? cicho dopytała Wiola. Niech patrzą. Nie żebrzemy, po prostu śpiewamy.

Słychać było w słuchawce oddech.

Pomyślę powiedziała Celina.

Próbę w dziecięcej bibliotece zaczęli ostrożnie. Pianino było nieco rozstrojone, ale pan Andrzej stwierdził, że to nawet uczy uważności. Wiola usiadła przy oknie, trzymała teczkę na kolanach. Widziała, jak ktoś zerka z korytarza, jak dzieci ciągną rodziców za rękaw, jak starsza pani w chuście stoi w drzwiach i nie wie, czy wejść.

Proszę wejść przekazała Wiola wzrokiem i staruszka usiadła nieśmiało na brzegu krzesła.

Otwarty wieczór wyznaczyli na sobotę. Nie rozgłaszali szeroko tylko ogłoszenie na wejściu i post na lokalnej grupie: Chór 55+ śpiewa w bibliotece. Zapraszamy. Wiola bała się, że nikt nie przyjdzie i wtedy będzie naprawdę wstyd. Ale w sobotę na korytarzu było gwarno. Przyszło trochę znajomych, przyszły dzieci z rodzicami, przyszedł bibliotekarz z innej biblioteki ten, co kiedyś prosił tylko cicho. Przyszedł też chłopak z gitarą z przejścia podziemnego stał w wejściu i się uśmiechał.

Nie robili wielkiego koncertu. Pan Andrzej powiedział:

Po prostu zaśpiewamy to, co teraz umiemy. Jeśli ktoś chce dołączyć, niech dołączy.

Wiola zauważyła Celinę. Stała pod ścianą, w płaszczu, gotowa odejść w każdej chwili. Wiola podeszła, dotknęła jej rękawa.

Zdejmij płaszcz powiedziała. Tu jest ciepło.

Posłucham odparła Celina.

Posłuchasz od środka Wiola wręczyła jej teczkę. Masz tu swoje partie.

Celina spojrzała na nuty jak na most, którego boi się przejść. Ale zdjęła powoli płaszcz i usiadła z resztą.

Gdy zaczęli śpiewać, Wiola poczuła, jak sala choć mała staje się ich. Nie dlatego, że ktoś pozwolił, ale bo sami tu przynieśli swój oddech. Ludzie słuchali bez dystansu koncertowego. Ktoś szeptał słowa, ktoś tylko siedział z zamkniętymi oczami. W jednym miejscu utwór się poplątał, pianino nie trafiło w ton, pan Andrzej tylko się uśmiechnął nie zatrzymał nikogo. Wiola zrozumiała, że nie potrzebuje idealnego brzmienia, by poczuć się na miejscu.

Po ostatniej piosence nikt nie krzyczał brawo, ale kilka osób podeszło i powiedziało dziękuję. Chłopiec, może dziesięcioletni, spytał:

Mogę z wami śpiewać?

Pani Hanna się uśmiechnęła.

Za wcześnie ci, odparła łagodnie. Ale przychodź słuchać.

Kierowniczka podeszła do pana Andrzeja:

Zróbmy tak: środy i piątki po osiemnastej macie salę. I w maju mamy festyn podwórkowy możecie wystąpić przed wejściem. Bez sceny, po prostu.

Pan Andrzej skinął głową, Wiola zobaczyła, jak na sekundę drgnęły mu usta. Odwrócił się niby poprawić nuty.

Gdy ludzie się rozeszli, zostali, by posprzątać krzesła. Wiola sprawdziła nuty, zamknęła teczkę. Podeszła Celina.

Ja zaczęła, urwała.

Przyszłaś powiedziała Wiola.

Przyszłam Celina uśmiechnęła się niepewnie, jakby próbowała nowej miny. Wiesz nie jest mi wstyd.

Wiola kiwnęła głową. Wyszła i miasto było takie samo: auta, ludzie, szyldy, pośpiech. Ale w środku brzmiało w niej coś innego. Niezbyt głośno, nie dla wszystkich, ale jak pewność, że jeśli masz głos i obok ludzi, co oddychają rytmem z tobą, miejsce się znajdzie. Nawet jeśli trzeba je od nowa robić z powietrza.

Oceń artykuł
TwojaCena
Gdzie rozbrzmiewa muzyka