Gdzie rozbrzmiewa melodia

Słuchaj, opowiem Ci, co się ostatnio działo z naszą Wiesławą Sokołowską i jej chórem. Wiesz, ona odkąd przeszła na emeryturę, to żyje tym śpiewaniem spotkania, próby, występy To jest jej świat. No i wyobraź sobie, przyszła, jak zawsze, do Ośrodka Kultury w Poznaniu, zdjęła płaszcz, wyciąga nuty z torby, a tu na drzwiach wielka kartka, drukowana na zwykłej A4: Od 1-go salę zamykamy. Remont. Stawka za wynajem podniesiona. Podpis: Zarządca budynku, numer telefonu na dole.

Jeszcze pomyślała, że to pewnie znowu o bezpieczeństwo pożarowe chodzi, ale jednak nie po prostu, jak walnęło, tak prost w oczy. W środku już zbierał się chór, panował taki ten znajomy gwar: ktoś się rozśpiewuje, ktoś szuka okularów, ktoś rzuca żartem, że remont by się jednak i im przydał, ale wszyscy od razu zrozumieli, że to śmiech trochę przez łzy. Dyrygent, pan Stefan Nowicki, stał przy pianinie z tą kartką w ręku, jakby szukał na niej jakiejś innej rzeczywistości, bardziej przyjaznej.

Rozśpiewajmy się chociaż, powiedział, głosem spokojnym, ale Wiesława wyczuła, że sam siebie pilnuje, żeby nie wybuchnąć.

Dla nich ta rozgrzewka zawsze wyglądała tak samo mmm, na-na-na, gamy w górę i w dół, miękko i prosto. Wiesława, odkąd mieszka sama i cisza w domu czasem boli aż do kości, właśnie tu, w chórze, czuła się potrzebna, taka na miejscu, gdzie nikt jej nie odstawia na bok.

Po rozśpiewce pan Stefan unosi rękę.

Słuchajcie. Tak ogólnie to… nie mamy wyboru. Salę zamykają na remont, a za wynajem teraz chcą aż trzy razy tyle. Nie damy rady.

Jak to nie damy rady? od razu odezwała się pani Jagoda Borowicz ona zawsze pierwsza. Przecież jesteśmy przy Ośrodku, to nie organizacja prywatna.

Ośrodek należy teraz do innej instytucji, tłumaczy pan Stefan. Dziś mi tak powiedzieli. Optymalizacja. Wiecie jak to I jeszcze coś usłyszałem spojrzał na kartkę, jakby tam było coś osobistego Lepiej już w domu posiedzieć, młodym trzeba zrobić miejsce.

Wiesławę aż coś od środka ścięło, nie żal, ale wściekłość, taka sucha jak kaszel. Przypomniały się jej te szaliki na krzesłach, herbatki po próbie, choinka z plastiku w grudniu postawiona przy oknie, co zgrała się nawet z nocnym portierem, który zawsze słuchał, bo sprawdza grzejniki.

Przeszkadzamy chyba powiedziała, sama nie wiedząc, jak to przechodzi jej przez gardło tak pewnie.

Przeszkadzamy tym, co uważają, że już pora na nas odpowiedział spokojnie pan Stefan. Ale nie będziemy się kłócić z powietrzem. Pomyślmy, co robimy.

Ustalili: idziemy załatwiać. Tak użyli nawet tego słowa załatwiać, chociaż nikt z nich nie miał w tym wprawy. Na drugi dzień Wiesława, pan Stefan i dwie inne chórzystki ruszyli do Urzędu Dzielnicy. Mieli pismo, listę członków, kopię podziękowania za koncert na festynie miejskim. Wiesława włożyła granatową spódnicę i białą bluzkę, jak na rozmowę o pracę.

W sekretariacie kręciło się od zapachu kawy z automatu i papierów. Sekretarka z paznokciami na błysk nawet nie spojrzała znad ekranu.

W jakiej sprawie?

Chór Jarzębina mówi pan Stefan. Zamykają nam salę.

Proszę przez system ePUAP, albo do punktu obsługi klienta, odparła automatycznie.

Ale my już wysłaliśmy! wtrąciła się pani Jagoda, podając pismo. Z podpisami.

Papierów nie przyjmujemy, spojrzała na nich w końcu, z miną bardziej zmęczoną niż nieprzychylną. Wszystko przez system.

A system zawahała się Wiesława. Ona umie zapłacić za prąd smartfonem, ale system brzmiał jak drzwi bez klamki. A nie można po prostu porozmawiać?

Proszę się zapisać na wizytę. Najbliższy wolny termin za dwa tygodnie.

Za dwa tygodnie dowiedzieli się, że to leży w gestii właściciela budynku, a właściciel zarządca, firma, która działa komercyjnie. Pan Stefan pytał, prosił choć tymczasowo, choćby na czas remontu. Odpowiedzi w punkt, pod linijkę. Wiesława poczuła, że tu ich głosy się nie łączą, tylko znikają gdzieś nad sufitem.

Spróbowali dalej: szkoła, biblioteka, dom kultury. W szkole pani wicedyrektor powiedziała, że wszystko zajęte kółkami zainteresowań, i wyrecytowała ich tyle, że aż brzmiło to jak tarcza. W bibliotece kierowniczka na początku była miła, ale zaraz przypomniała o ciszy i skargach czytelników. W domu kultury zaoferowano im podziemie, w którym pachniało stęchlizną i stały stoły do ping-ponga. Pan Stefan spojrzał w sufit i powiedział cicho: Tu głosy zniszczymy.

Najgorsze nawet nie były same odmowy, tylko te słowa, które się do nich przyklejały: grupa wiekowa, mało celowe, niepasujące do formatu. Gdzieś w jednym gabinecie kobieta nawet nie podniosła głowy od monitora i rzuciła: No ale przecież to dla siebie robicie, to śpiewajcie w domu.

Wiesława wyszła wtedy na ulicę, idąc tak szybko, jakby chciała przed czymś uciec.

W piątek i tak przyszli pod Ośrodek, z przyzwyczajenia. Drzwi zamknięte, na szybie ta sama kartka, tylko obok druga: Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony. Wiesława z nutami nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Pan Stefan popatrzył na nich naszą mniejszą ekipkę i powiedział:

Nie rozchodzimy się. Idziemy do biblioteki. Umówiłem godzinę w czytelni, jak jest luźniej.

A jak nas pogonią? szepnęła cicho Halina Marciniak, która nigdy się nie kłóciła.

To pogonią, powiedział pan Stefan. Ale najpierw sprawdzimy.

Do biblioteki było 10 minut piechotą. Sznurkiem, jak dzieci na wycieczce, tylko bez opiekunki. Na przystanku ludzie patrzyli: trochę z ciekawością, trochę z pretensją, jakby zawalali im chodnik. W bibliotece powitał ich chudy bibliotekarz w swetrze.

Tylko cicho, zająknął się, sam się pesząc. No wiecie, w sensie Możecie śpiewać.

Postaramy się, obiecała Wiesława.

Ustawili się między regałami, pod spojrzeniem książek wyciąganych grzbietami. Pan Stefan dał ton bez pianina, bo go nie było sami, po cichu, prawie szeptem. Wiesława bała się, że bez instrumentu się rozlezą, ale stało się odwrotnie: zaczęli słuchać siebie bardzo uważnie, każdy oddech był ważniejszy niż klawisze.

Pierwsze minuty ludzie w czytelni unosili głowy znad gazet, ktoś się krzywił. Jedna pani w puchatej kurtce prychnęła: Co to ma być? i zamknęła demonstracyjnie książkę. Ale potem, kiedy zaśpiewali coś prostego, znajomego każdemu, nagle zrobiło się ciszej niż przed ich przyjściem. To nie była biblioteczna cisza, tylko taka prawdziwie słuchająca.

Po próbie podszedł bibliotekarz i mówi:

Dawno tu nie było tak żywo. Ale następnym razem lepiej tam przy oknie, mniejszy kłopot.

Pan Stefan kiwnął głową, jakby proponował mu scenę.

Ale następnego razu nie było. Trzeciego dnia dyrektorka biblioteki wezwała bibliotekarza przy nich i powiedziała:

Już dzwonili, ludzie się skarżą. To biblioteka, nie klub.

Wiesława patrzyła na swoje dłonie. Bardzo chciała powiedzieć: My nie klub, my chór, ale słowa nie chciały wyjść. Pan Stefan podziękował i zabrał ich na dwór.

No i co, rzuciła Halina Marciniak tylko się ośmieszamy.

Ten wstyd ukłuł gorzej niż lepiej w domu zostać. Bo to padło od kogoś z własnych.

To nie wstyd, ostro odbiła Jagoda Borowicz. My śpiewamy.

My śpiewamy, powtórzyła Halina, a ludziom przeszkadzamy. Pewnie jednak zawadzamy.

Wiesława szła obok czując, jak wewnątrz coś się chyboce. Dobrze rozumiała Halinę. Sama chciała wrócić do poprzedniej sali, gdzie nikt nie może im powiedzieć, że są niepotrzebni. Ale tej sali już nie było czuła, jak ktoś jej wyrwał pokój z własnego życia.

Pan Stefan zatrzymał się przy wejściu do podziemnego przejścia pod ulicą.

A może tutaj rzucił nagle.

Tu? Jagoda ogląda się. Ludzie biegają w obie strony, ktoś dźwiga siatki, w rogu gra chłopak z głośnikiem i gitarą.

Tu fajna akustyka, powiedział pan Stefan. I nie musimy nikogo pytać.

Wiesławie od razu ścierpły dłonie. Trochę jej wstyd, jak na apelu w podstawówce, kiedy bała się zapomnieć słów. Ale pan Stefan już stoi pod ścianą i daje znak ręką.

Tylko jedną, mówi. Spróbujemy.

Zaczynają cicho, na próbę. Przejście naprawdę trzyma dźwięk głosy robią się mięsiste, pełne. Ludzie przechodzą, niektórzy uśmiechają się, inni udają, że ich nie słyszą. Dziewczynka ciągnie mamę za rękaw:

Mamo, zobacz, babcie śpiewają.

Mama najpierw chce ją odciągnąć, a potem zatrzymuje się i powoli się rozluźnia.

Ale nie wszyscy są radośni. Jakiś pan w kurtce z reklamówką przystaje i głośno rzuca:

Co wy tu robicie? Przejazd, nie koncert.

Nikomu nie przeszkadzamy, spokojnie odpowiada pan Stefan, ciągle podnosząc rękę.

Mnie to nie interesuje, pan zamachał dłonią. W domu śpiewajcie.

Wiesława poczuła, jak jej broda drży. Ale nie przestaje śpiewa, choć głos ledwo się trzyma. Patrzy pod nogi i powtarza w myślach: Jak teraz przestanę, więcej nie zacznę. Trzyma się za tę wspólną melodię jak za poręcz.

Po piosence ktoś klaszcze raz, drugi. To nie scena to podziękowanie za chwilę zatrzymania w biegu.

Widzicie rzuca Jagoda, z nutą triumfu w głosie.

Widzę odpowiada Halina, ale uśmiechu nie ma.

Po tygodniu już wiedzieli, gdzie najlepiej stanąć, żeby nie zawadzać, i kiedy jest najmniejszy ruch. Próbowali też w parku, gdzie rano spacerowały mamy z wózkami i seniorzy z kijkami. Próbowali w przychodni, gdy czekali w kolejce, ale tam było najtrudniej ludzie się niecierpliwili, kaszleli, kłócili o numerek. Jednak któregoś razu, po krótkiej melodyjnej piosence, kobieta z bandażem na ręce powiedziała:

Dziękuję, choć na chwilę przestałam myśleć o wynikach badań.

Wiesława to zapamiętała taki mały sukces.

Pan Stefan nazywał to śpiewaj gdzie jesteś. Nie robił z tego wielkich haseł, po prostu tłumaczył tak właśnie mogą przetrwać, zbierając się przy przystanku czy na skwerku.

Przecież nie śpiewamy tylko dla siebie, powiedział kiedyś po próbie w parku. Siedzieli na ławce, Wiesława próbowała odkręcić butelkę z wodą i nie mogła pan Stefan jej pomógł, i zrobiło się jej ciepło na sercu, aż chciała się popłakać.

To dla kogo? zapytała Halina.

Żeby miasto pamiętało, że ma swój głos, odpowiedział. I żebyśmy sami pamiętali.

Prosto, a trafiło jej idealnie. Przypomniało się jej, jak po śmierci męża długo bała się odezwać przez telefon, jakby głos był nikomu niepotrzebny. A tu był potrzebny nie tylko jej.

Największy cyrk przyszedł tam, gdzie się tego w ogóle nie spodziewali: w galerii handlowej, w małej kawiarni na piętrze. Pan Stefan załatwił na dzień próbę przez znajomego właściciela Nie ma sprawy, niech pani śpiewa, może komuś się spodoba. Rozstawili stoliki, stali w półokręgu. Wiesława powiesiła płaszcz porządnie, nuty ułożyła na kolanach.

Pierwsze dwie piosenki poszły gładko. Ludzie nagrywali na telefon, parę osób nawet się uśmiechnęło. Wiesława poczuła, jakby znowu była w swojej sali, a nie na ulicy. I wtedy zjawił się ochroniarz.

Kto pozwolił? zapytał służbowym głosem.

Właściciel, tłumaczy pan Stefan. Umawialiśmy się.

U nas imprezy tylko formalnie, po zgodzie z administracją. Ktoś zgłosił, że za głośno.

My po cichu próbowała Jagoda.

Cicho czy nie, westchnął ochroniarz. Kazali mi przerwać.

Halina Marciniak aż pobladła. Zaczęła zbierać nuty.

Mówiłam Wstyd.

Daj spokój rzuciła cicho Wiesława, zaskakując samą siebie. Nic złego nie zrobiliśmy.

My przeszkadzamy, Halina tylko spuściła głowę. Nie chcę, żeby patrzono na nas jak na tych, co nie wiedzą, gdzie ich miejsce.

Pan Stefan stał pośrodku, pomiędzy ochroniarzem a chórem, jak mur.

Proszę tak zaproponował. Skończymy jedną piosenkę, wychodzimy, bez dyskusji.

Teraz wychodzimy odparł ochroniarz.

Właściciel wyszedł zza lady, zdezorientowany.

Ja zaczął.

Dostaniemy karę, przerwał mu ochroniarz. Nie warto.

Wiesławę znowu zalała ta sucha złość, ale tym razem do tego dołączyło zmęczenie miała już po dziurki w nosie tłumaczenia, że ma prawo oddychać i wybrzmiewać.

Spakowali się w ciszy. Nuty szeleszczą, krzesła trzeszczą. Wiesława zapięła płaszcz, przykryła ręce, żeby były czymś zajęte. Usłyszała, jak ktoś z klientów szepcze: Szkoda, było miło. I to szkoda ją grzało przez całą drogę na dwór.

Na zewnątrz Halina powiedziała:

Ja już nie przyjdę. Przepraszam.

Jagoda się zagotowała:

No jasne. Jak trudniej, to od razu rezygnacja.

Jagoda, powstrzymał ją pan Stefan. Nie teraz.

Wiesława patrzyła, jak Halina maszeruje do przystanku, taka mała, przygarbiona. Chciała ją dogonić, ale czuła, że każdy ma swój limit.

Wieczorem Wiesława długo siedziała w kuchni. Herbata zimniała, nawet tego nie zauważyła. W głowie dudniło: Gdzie nasze miejsce. Zrozumiała nagle, że oni przez cały czas nie walczyli o salę, tylko o bezpieczeństwo, to swoje miejsce gdzie jesteśmy razem. Może więc wcale nie sala jest najważniejsza, a sposób, by być razem, nawet jeśli to komuś przeszkadza.

Następnego dnia zadzwonił pan Stefan.

Wiesławo, powiedział, możesz wpaść do biblioteki? Ale tej dla dzieci, na sąsiedniej ulicy. Nowa kierowniczka. Rozmawiałem z nią, ale trzeba żeby ktoś jeszcze przyszedł i wytłumaczył, że nie robimy hałasu.

Wiesława poszła. W dziecięcej bibliotece było jasno, na ścianach rysunki, w kącie stare ale zadbane pianino. Kierowniczka wysłuchała ich uważnie.

Po południu pusto, dzieci wychodzą, nie ma kółek i lekcji. Warunek: cicho, a raz w miesiącu otwarta godzina dla gości, po prostu żeby ludzie mogli wejść posłuchać.

Damy radę, obiecała Wiesława i poczuła, jak jej robi się lżej na duszy.

I jeszcze dodała kierowniczka moja mama jest w waszym wieku. Cały czas mi mówi, że nie ma dokąd wyjść. Zapraszam ją do was?

Wiesława szła do domu powoli nie ze zmęczenia, raczej z poczucia, że nie musi już uciekać.

Pan Stefan zwołał wszystkich w parku, żeby przekazać nowe wieści. Przyszli prawie wszyscy, tylko bez Haliny. Jagoda trzymała się z rezerwą, trochę bała się cieszyć.

To nie sala Ośrodka, mówił pan Stefan ale mamy miejsce i zasady. Raz w miesiącu otwarta godzina, pozostałe próby dla nas.

A jak nas znów pogonią? ktoś zapytał.

Będziemy szukać dalej, uśmiechnął się. Wiemy już, że potrafimy.

Wiesława podniosła rękę.

A Halina? zapytała.

Pan Stefan westchnął.

Zadzwonię do niej. Ale lepiej, jeśli wy też.

Wiesława zadzwoniła wieczorem. Halina chwilę milczała. Potem powiedziała:

Nie chcę, żeby patrzono na mnie jak na

Jak na żywą? zapytała cicho Wiesława. Niech patrzą. Nie prosimy o jałmużnę. My po prostu śpiewamy.

W słuchawce było słychać oddech.

Pomyślę rzuciła Halina.

Pierwszą próbę w bibliotece zaczęli delikatnie. Pianino trochę rozstrojone, ale pan Stefan powiedział, że to nawet lepiej trzeba bardziej słuchać. Wiesława usiadła przy oknie, z nutami na kolanach. Ktoś zaglądał z korytarza, dzieci ciągnęły rodziców ciekawie, starsza pani w chuście stała niepewnie w drzwiach.

Proszę, wejdź powiedziała Wiesława wzrokiem, i staruszka zajęła skrajny stołek.

Otwarta godzina przypadła na sobotę. Bez wielkiej reklamy ogłoszenie na drzwiach i wpis na grupie dzielnicowej: Chór 55+ śpiewa w bibliotece. Zapraszamy do słuchania. Wiesława bała się, że nikt nie przyjdzie i będzie jeszcze większy wstyd. Ale w sobotę było pełno: przyszli znajomi, dzieci z rodzicami, bibliotekarz z drugiej placówki, a nawet chłopak z przejścia podziemnego, z gitarą i uśmiechem.

Nie było koncertu. Pan Stefan powiedział tylko:

Zaśpiewamy to, co teraz mamy w sercu. Kto zna niech śpiewa z nami.

Wiesława zauważyła Halinę pod ścianą, w płaszczu, gotową, jakby znów chciała uciec. Podeszła, chwyciła ją za rękaw.

Zdejmuj płaszcz, ciepło tu.

Posłucham wymamrotała Halina.

Posłuchaj od środka. podała jej nuty. Tu są Twoje partie.

Halina patrzyła na te nuty jak na most, który aż strach przejść. Ale zdjęła wolno płaszcz i usiadła obok.

Kiedy zaczęli śpiewać, Wiesława poczuła, że choć sala malutka to ich własna nie bo mają zgodę, tylko bo sami przynieśli swój porządek oddechu, swoje ciepło. Ludzie słuchali bez dystansu. Kto chciał szeptał słowa, kto chciał tylko siedział z zamkniętymi oczami. Raz się coś rozjechało, pianino nie trafiło, a pan Stefan uśmiechnął się i nie przerywał. Wiesława odkryła, że już nie potrzebuje idealnych dźwięków, by czuć się na miejscu.

Po ostatniej piosence nie padło brawo, tylko podchodzili pojedynczo, dziękowali. Jakiś chłopiec, dziesięcioletni, zapytał:

Mogę z wami?

Jagoda się zaśmiała.

Jeszcze masz czas, powiedziała, tym razem miękko. Przyjdź posłuchać.

Kierowniczka biblioteki podeszła do pana Stefana.

Ustalmy tak: środy i piątki po osiemnastej sala jest wasza. I jeszcze w maju mamy piknik sąsiedzki, wyjdziecie i zaśpiewacie przy wejściu pod blokiem.

Pan Stefan skinął głową, a Wiesława zauważyła, jak na chwilkę mu zadrżały usta, jakby coś cicho przełykał. Odwrócił się do nut.

Gdy wszyscy wyszli, zostały tylko zbierane krzesła. Wiesława złożyła nuty, schowała do torby. Halina podeszła.

Ja zaczęła i ucichła.

Przyszłaś, powiedziała Wiesława.

Przyszłam, powtórzyła Halina i uśmiechnęła się, ostrożnie, jakby próbowała nowego grymasu. I wiesz, nie wstydzę się.

Wiesława skinęła głową. Wyszła i zobaczyła, że miasto jest takie jak wczoraj tramwaje, gwar, sklepy, ludzie ale w niej brzmiało coś innego. Niedosłyszalnego dla wszystkich, ale na tyle mocnego, żeby wiedzieć: jeśli masz głos i są tacy, którzy oddychają razem z Tobą miejsce się znajdzie. Nawet jeśli co chwilę trzeba je z powietrza stwarzać od nowa.

Oceń artykuł
TwojaCena
Gdzie rozbrzmiewa melodia