Egzamin dorosłości
Basieńko, dlaczego nie idziesz z nami świętować końca projektu? zapytał z uśmiechem Marek, puszczając do niej oko.
Widzisz, mój drogi, dziś mam randkę odpowiedziała Basia, lekko się czerwieniąc.
Co za zwrot akcji! Marek był szczerze zaskoczony. Znał Basię od pięciu lat jako samotną matkę, która wydawała się nie szukać nikogo Dziwne. Chociaż może jednak szukała, tylko Marek nigdy tego nie zauważył. Cóż, nie zatrzymujemy cię. Niech ci się szczęści kiwnął do niej głową, po czym zwrócił się do reszty. No, to ruszamy?
Jasne!
Idziemy!
No szybciej! zagrzmiało z kilku stron.
Ruszyli w kierunku kawiarni na warszawskiej Starówce. Marek szedł razem z nimi, uśmiechając się szeroko, ale gdzieś w środku poczuł ukłucie zazdrości. Chociaż właściwie, czy powinien być zazdrosny? Między nim a Basią nigdy nie było niczego więcej niż koleżeństwo i sprawy służbowe.
To wszystko jest jakieś dziwaczne pomyślał Marek.
***
Tego dnia wrócił do domu sporo później niż zwykle. Dzieci od razu rzuciły się mu do nóg, krzycząc: Tata! Tata! Potem pojawiła się żona.
Mareczku, wreszcie jesteś!
Objęła go i pocałowała.
Wiesz, byliśmy dziś na spacerze i zbudowaliśmy fortecę z gałęzi. A ty ciągle siedzisz w tej pracy powiedziała Kasia z rozbawionym uśmiechem.
Przecież muszę zarabiać pieniądze burknął Marek. Poza tym mam prawo zostać w pracy tyle, ile chcę!
Masz, masz… przyznała z pobłażaniem Kasia.
I nie rób mi tu przesłuchań! dorzucił Marek jeszcze wciąż nieco obrażony.
Gdyby ktoś zapytał wtedy Marka, dlaczego jest taki opryskliwy, nie potrafiłby odpowiedzieć. Po prostu tak po ludzku nie wiedział.
Marek, ciebie coś ugryzło? spytała żona, wciąż łagodnie się uśmiechając.
I nagle Marek zrozumiał, po co to wszystko mówi. Chciał zetrzeć uśmiech z jej twarzy, by poczuła się tak beznadziejnie jak on teraz.
Nie. Po prostu jestem zmęczony. Podgrzej mi kolację powiedział możliwie zwyczajnym tonem. Gdy Kasia poszła do kuchni, Marek usiadł na skrzyni z butami i ukrył głowę w dłoniach.
Co ja wyprawiam? przeraził się sam sobą.
***
Kilka dni później puściło. Marek zrzucił winę na to, że chciał, by wszyscy z działu razem świętowali zakończenie projektu i po prostu się rozczarował, że Basia odrzuciła zaproszenie.
Wkrótce pojawił się nowy projekt, w którym Marek zatopił się po uszy.
***
Basiu, dziś będziesz musiała zostać dłużej oznajmił pewnego wieczora. Potrzebuję twoich wyliczeń.
Przepraszam, ale dzisiaj jadę do mamy Basia pokręciła głową. To dla mnie ważne. Mogę jutro przyjść wcześniej i wszystko przygotować.
Dobrze zgodził się Marek. Umowa stoi.
Tak naprawdę był poirytowany. Projekt przecież najważniejszy! Co mogło być ważniejsze?
Mama zachorowała? spytał.
Tak, coś takiego spuściła wzrok.
Rozumiem odpowiedział. Jeśli rzecz dotyczyła chorej mamy, nie miał oporów, aby pozwolić Basi odejść.
Ale potem dowiedział się, że matka Basi jest zdrowa. Że ten pretekst był wymyślony i Basia wcale do mamy nie pojechała.
Jak to? zdziwił się Marek, kiedy usłyszał pogłoski w zespole.
Jak to nie pojechała? Pojechała! Tylko nie sama, a z nowym facetem mrugnęła Ola. Zawołała Marka do okna. Patrz
Marek podszedł i zobaczył Basię, jak opuszczała biurowiec z młodym mężczyzną. Trzymali się za ręce, wsiedli do samochodu i odjechali.
Znów poczuł zazdrość. Tym razem nie było to ukłucie całe wnętrze wypełniła żółć zazdrości.
Boże. To prawda! Ona naprawdę znalazła kogoś! przemknęło mu w głowie.
Cóż… starał się zabrzmieć naturalnie. Kończymy pracę o szóstej, każdy może wtedy iść, gdzie tylko chce.
Usiadł za biurkiem i próbował zatopić się w zadaniach, lecz oczywiste było, że w tym stanie to niemożliwe.
***
Czas płynął. Marek był coraz bardziej rozdrażniony. Sam nie wiedział, co się z nim dzieje.
Najpierw to było ledwie niepokojące przyspieszenie tętna, gdy słyszał głos Basi czy zobaczył jej wiadomość w firmowym Teamsie. Tak samo biło mu serce, gdy zaczynał chodzić z Kasią lata temu.
Czyżbym się zakochał? dziwił się sam do siebie. W myślach ta świadomość była jednocześnie śmieszna i przerażająca. Marek starał się o tym nie myśleć. Przecież jest dorosły, właśnie stuknęła mu czterdziestka. Ma rodzinę. Kocha swoją żonę. To znaczy… Tak było kiedyś. Teraz bardziej ją szanował, ufał jej, był wdzięczny. Ale wielka gorąca miłość? Ta odeszła. A może każdemu kiedyś mija…
Niepokój rósł. Zauważał dziwactwa prostował się, gdy Basia wchodziła do pokoju. Chciał, by od razu go dostrzegła. Coraz częściej zagadywał jako pierwszy. Pytał o jej opinie. Po każdej rozmowie, wieczorami, odtwarzał wszystko w głowie każde słowo, spojrzenie, jakby szukał w tym jakiegoś głębokiego sensu.
Pewnego dnia przemknęła mu przez głowę myśl:
A gdybyś poznał ją wcześniej? Przed dziećmi?.
Uderziło to w niego jak prąd.
Zrozumiał tak! Odszedłby. Może nie od razu, ale powoli, krok po kroku, znalazłby pretekst. Porzuciłby wszystko: dom, życie byle spróbować być z nią.
Wtedy dopadło go poczucie winy. Uderzyło nagle i zmiotło resztki samokontroli.
Patrzył na rodzinne zdjęcie z Helu. Kasia, dzieci, wakacje. Uśmiechnięci. On też. Niby wszystko porządnie. Dlaczego więc czuł, że żyje nie swoim życiem?
Nie potrafił pojąć, czemu tak się dzieje. Dlaczego teraz? Dlaczego akurat Basia? Przecież przez te trzy lata pracowali razem i nic. Czemu teraz nie mógł jej wyrzucić z głowy? Przestać o niej myśleć?
Widział, jak świat jego zasad zaczyna się rozpadać. Nie chciał nikogo krzywdzić, nie chciał tracić rodziny ani niszczyć dotychczasowego życia. Ale też nie potrafił udawać, że nic się nie dzieje.
***
Tego dnia obudził się wcześnie. Nad ranem w pokoju panowała szarość, przez firankę wpadał wąski promyk. Marek leżał i gapił się w sufit.
Basia tkwiła w nim jak zadra. Nawet w tej cichej rodzinnej atmosferze czuł jej obecność, jakby siedziała głęboko w środku niego.
Przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Znów wyszła z pracy z tamtym facetem. Za każdym razem, gdy Basia znikała, coś w nim się rwało.
Gubię się. Jeśli się nie zatrzymam, stracę wszystko. Nie od razu, ale kawałek po kawałku. Zimnieję. Staję się kimś obcym dla dzieci. Dla siebie. Dla Kasi. Zaczynam nienawidzić to, czym się staję. I wtedy będzie za późno.
Wstał, ubrał się i poszedł do kuchni. Zaparzył sobie kawę. Stanął przy oknie tam, za szybą, szarówka, pusto, cicho, samotnie. Wtedy podjął decyzję.
***
Jak to przenosisz się do innego działu? otoczyli go współpracownicy. Nawet Basia tam była.
Tak wyszło. W tym dziale jest problem, mam go rozwiązać wyjaśnił.
Ale wrócisz do nas, prawda?
Oczywiście. Tymczasowo przytaknął Marek, choć czuł, że nie ma nic trwalszego niż tymczasowość.
Najpierw chciał odejść z firmy. Potem uznał, że to głupota miał przecież dobrą pozycję, dobrą pensję w złotówkach, a do tego niezłe perspektywy.
W końcu poprosił o przeniesienie do innego działu, choćby na kilka miesięcy. Wiedział, że tylko tak wyrwie się z tej pułapki, w której każde spojrzenie i każde słowo Basi wstrząsało nim wewnętrznie.
Nie zamierzał zostać antybohaterem, który porzuci wszystko dla uczucia. Nie chciał być tym, co mówi: Jestem tylko człowiekiem…. To miało minąć bolało, ale w końcu ból przemija.
Wieczorem powiedział Kasi:
Chcę więcej czasu dla ciebie i dzieci. Nie chcę ciągle znikać w pracy.
Kasia zdziwiona spojrzała na niego:
Naprawdę?
Tak. Mam wrażenie, że coś tracę. Z dziećmi. Z tobą.
Kasia się nie odezwała, tylko się uśmiechnęła. Ten uśmiech był jak ciepła fala aż ścisnęło go w sercu.
Zaczął wychodzić z dziećmi do parku, odbierać je ze szkoły, pojawiać się na szkolnych uroczystościach, których kiedyś unikał, jak ognia. Zaczął rozmawiać z Kasią tak prawdziwie o tym, co u niego, co go trapi, o czym myśli. Ciekawił się, jak ona się czuje, co przeżywa.
Czasem sam się łapał na pytaniu: Dlaczego wcześniej tego nie robiłem? Dlaczego traktowałem to jak przykry obowiązek, a nie szansę, by poznać osobę, z którą dzielę życie?.
Nie przestał myśleć o Basi. To nie zniknęło ale myśli przychodziły coraz rzadziej. Widział ją czasem w pracy. Teraz czuł tylko lekki dreszcz nie ból, nie zazdrość. To było przypomnienie: oto kobieta, z którą mógłby być… ale wybrał rodzinę. I był dumny z tej decyzji.
***
Marek! Mareczek!
Marek szedł przez Złote Tarasy z siatką pełną zabawek, kiedy usłyszał swoje imię. Odwrócił się to była Basia.
Marek! Gdzie ty się podziewasz? Cały zespół czekał, aż wrócisz. Zapomniałeś o nas? To już cały rok!
Marek uśmiechnął się. Poczuł autentyczną radość, ale jednocześnie… nic go nie ukuło ani nie ścisnęło.
Cześć, Basiu. Miło cię widzieć!
Jak się masz? zapytała.
Dobrze. W zasadzie… świetnie odpowiedział i sam się zdziwił, jak bardzo to prawda.
Dlaczego nie wracasz do nas? Byłeś najlepszym szefem.
Zmiany były mi potrzebne odparł krótko. A u ciebie?
Ja? Uśmiechnęła się szerzej. Wyszłam za mąż. On jest naprawdę w porządku. Córka go zaakceptowała.
Marek skinął głową. Nie poczuł już zazdrości, tylko lekkie zaskoczenie jakby spotkał dawnego druha, który wrócił z dalekich stron jako ktoś zupełnie inny.
Cieszę się twoim szczęściem powiedział szczerze.
Pogadali chwilę o firmie, znajomych. Żadne nie zaproponowało dalszego ciągu spotkania. Wiedzieli: to koniec. Albo może początek czegoś nowego, osobno.
Gdy się rozstali, Marek poszedł kupić prezent, wyszedł na Ochotę, wsiadł do samochodu. I dopiero wtedy zrozumiał nie został mu już żaden żal, ani tęsknota, ani pragnienie, by zaczynać wszystko od nowa.
Spojrzał przed siebie: na czerwone światło, ludzi przeprawiających się przez pasy, dzieci ściskane za ręce. Po raz pierwszy od lat poczuł, że jest dokładnie tam, gdzie powinien.
Nie w idealnym śnie, nie w bajce o romantycznej ucieczce, ale w swoim własnym, skomplikowanym, prawdziwym świecie.
***
Basia i Kasia stały obok siebie na bieżniach w małym mokotowskim klubie. Od miesięcy trafiały na te same zajęcia.
Jak poszło wasze spotkanie? spytała Kasia.
Basia wzruszyła ramionami.
Nic. Życzył mi szczęścia i tyle… Wygrałaś. Twój mąż to naprawdę porządny człowiek.
Wiem odpowiedziała Kasia. Zawsze o tym wiedziałam.
Uśmiechnęła się ciepło, aż błysnęły jej oczy w półświetle fluorescencyjnych lamp.

