Dobry właściciel, tylko niemądry

Jest lato, upał. Siedzę w kuchni z moim przyjacielem Karolem i próbuję ugasić pragnienie schłodzonym piwem. Kot o pseudonimie Bosman ociera się o moje stopy, błagając o jedzenie ze stołu.

– Karol, czy uwierzysz, że mój kot potrafi wspinać się i schodzić po zasłonach?

– Wszystkie koty to potrafią.

– Mój robi to inaczej – bokiem. Zobacz!

Biorę kota i podrzucam go do zasłon, aż po sufit.

Z oburzonym miauknięciem kot wypuszcza pazury i przywiera do tkaniny. Odwraca głowę i patrzy na mnie z wyrzutem. Czuję się zawstydzony, ale Bosman schodzi na dół. Na parapecie zahacza o wazon na kwiaty. Obraca go przypadkowo i porcelanowy wazon z głośnym „bang” ląduje na podłodze i rozbija się na kawałki. Kot oszalał na dźwięk tłuczonego szkła, próbuje zeskoczyć na podłogę, ale łapie się tylną łapą w firankę i spada na odłamki. Zaczyna dramatycznie miauczeć i machać przednimi łapami, rozrzucając szkło dookoła.

– Bosman, nie ruszaj się! Skaleczysz się!

Lewą rękę wkładam pod klatkę piersiową kota, a prawą wzdłuż jego grzbietu.

– Uspokój się, zaraz cię uratuję.

Prawą ręką odgarniam drzazgi szkła na bok. Wyciągam spod brzucha duży kawałek, a na mojej dłoni jest krew.

– Bosman! Skaleczyłeś się!

Wkładam rękę pod kota i podnoszę go, krew kapie na podłogę, spływając mi po palcach.

– Bosman, nie umieraj! Uratujemy cię!

– Nie zabieraj ręki! Wypadną mu wnętrzności – krzyczy w przerażeniu Karol.

Z ulgą przypominam sobie, że obok jest klinika weterynaryjna.

Rozplątuję jego łapę z firanki. Wstaję razem z kotem, podtrzymując go pod brzuchem, a ten wierci się i próbuje uciec. Z przerażeniem wyobrażam sobie jego wnętrzności wlokące się za nim. Drugą ręką chwytam go mocniej.

Moje ręce są śliskie od krwi, coraz trudniej go utrzymać.

– Karol, w drugiej szufladzie jest opatrunek w taśmie, weź go i owiń nim moje ręce, razem z kotem.

Mój przyjaciel sumiennie oplata mnie i Bosmana, starając się nie dostać pod jego pazury, choć te całe przerażenie skupiają na mnie.

– Karol! Przywiąż mu tylne i przednie łapy.

Gotowe, jego łapy są mocno sklejone. W głowie, chichocząc, myślę, że mam „krwawą kanapkę”. Mam ręce na górze i na dole, a kota w środku, wszystko owinięte taśmą opatrunkową. Wchodzę do poczekalni w klinice weterynaryjnej. W kolejce czekają dwie kobiety ze swoimi papugami. Widząc nas całych we krwi i zrozpaczonego kota, nie mogą ze zdziwienia, a może z szoku, zamknąć ust.

– Musimy iść pierwsi – wykrzykuję.

– Oczywiście, proszę – mówi jedna z nich.

Gdy wchodzę do gabinetu, słyszę z korytarza: „Co za potwory, związali kotu łapki i znęcali się”.

Starszy weterynarz jest bardzo spokojny. Przecina taśmę i czyści futro zwierzęcia z krwi.

Po badaniu spojrzenie lekarza jest pełne zdumienia.

– Pierwszy raz widzę, żeby rana była opatrywana kotem zamiast bandażem.

– Nie rozumiem – mówię mu.

Kot ma kilka zadrapań, a Pan ma głębokie rozcięcie na dłoni.

– Czy to moja krew? – pytam go.

Tak, ale bezpiecznie zatamował Pan krwawienie za pomocą kota.

– Więc nic mu nie jest?

– Hmm, oprócz drobnych zadrapań jest jedynie zestresowany.

Czuję, że moje uszy czerwienieją z zażenowania.

– Dziękuję panie doktorze, ile się należy?

– Dla Pana… będzie za darmo – odpowiada lekarz.

A Karol i ja rozumiemy, że pominął słowo „głupcy” z grzeczności.

Oceń artykuł
TwojaCena
Dobry właściciel, tylko niemądry