Ciągle wracałam myślami do mojego listu i miałam nadzieję na noworoczny cud

Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale nigdy nie zapomnę tego Sylwestra.

W naszej rodzinie było ośmioro dzieci: trzech chłopców i pięć dziewczynek. Najstarsza z nas skończyła wtedy właśnie szesnaście lat. Mój ojciec pracował, jak to określał, szesnaście godzin dziennie, czyli jeśli w ciągu dnia był w domu, zawsze spał jak zabity i nawet krzyki takiego tłumu dzieci nie mogły go obudzić.

Moja mama pracowała po dwadzieścia cztery godziny co drugi dzień, ale musiała też chodzić do miasta na zakupy albo załatwiać sprawy urzędowe, więc siostra opiekowała się nami przez większość czasu. Bardzo nie lubiłam tych dni – siostra nie potrafiła w ogóle gotować, więc karmiła nas jakąś papką i cały czas na nas przeklinała. Teraz zdaję sobie sprawę, że brała na siebie ogromną odpowiedzialność i nie przeklinała na darmo, ale po to, żebyśmy nie zrobili sobie krzywdy i niczego nie zniszczyli.

Choć moi rodzice ciężko pracowali, w rodzinie nie było zbyt wiele pieniędzy, więc o noworocznych prezentach nie było mowy. Mimo to mieliśmy tradycję, która sprawiała, że ten dzień stawał się świętem. W ostatni dzień każdego roku cała rodzina robiła cukrowe ciasteczka i piekliśmy ogromnego kurczaka. Niezbyt wystawnie, ale nie znaliśmy lepszego sposobu, więc cieszyliśmy się z tego sylwestrowego gotowania jak z wielkiego cudu.

Miałam siedem lat. W tamtym roku, na początku jesieni, moja koleżanka dostała psa: taką małą kulkę futra. Jakże byłam zazdrosna! Wiedziałam, że nie mamy pieniędzy na psa ani jedzenia dla niego. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, ale nie mogłam nic na to poradzić. Obrażałam się na rodziców, odmawiałam jedzenia i chodzenia do szkoły. Mama ciężko to zniosła, próbowała ze mną rozmawiać, ale oczywiście na nic się to zdało. Siostra robiła coś prostszego: policzkowała mnie i dopóki nie zaczęłam płakać ze złości, mówiła mi surowym głosem, że nie ma pieniędzy i wysyłała do pokoju. O dziwo, działało, ale nie nie na długo.

Pamiętam, że pewnego dnia moja siostra bardzo się zdenerwowała. Złapała mnie za ramię, zaprowadziła do swojego łóżka, wyjęła z teczki piękną kartkę papieru i kazała mi napisać list do Mikołaja, aby spełnił moje życzenie. Potem, pełna entuzjazmu, poszłam do kuchni, wzięłam z parapetu kałamarz i pióro i zaczęłam żmudnie kreślić każdą literę. Wyszło bardzo krzywo, ale i tak byłam niezmiernie szczęśliwa. Siostra obiecała, że wyśle kopertę, a ja się uspokoiłam. Od tego dnia aż do Nowego Roku nie wchodziłam nikomu w drogę z moimi humorami, a moja mama wydawała się tym bardzo zaskoczona.

Grudzień zbliżał się ku końcowi. Choinki, światełka w sklepach, lampki na oknach… W powietrzu czuć było ducha zbliżających się świąt. Zapach pierników i cynamonu unosił się na ulicy. Te dni były zawsze moim ulubionym czasem… Ciągle wracałam myślami do mojego listu i miałam nadzieję na cud.

W końcu nadszedł trzydziesty pierwszy. Była już prawie dwudziesta, a siostry nadal nie było. Mama się martwiła, załamywała ręce, ciasto nie chciało wyrosnąć, a ciastka przypalały się. W pewnym momencie zaczęłam zdawać sobie sprawę, że impreza legła w gruzach. Właśnie kiedy miałam się rozpłakać, ktoś zapukał do drzwi. Mama pospiesznie weszła do przedpokoju, a my wszyscy pobiegliśmy za nią.

To była moja siostra: przykryta śniegiem, bez szalika i czapki. Na zewnątrz było tak zimno, że jej włosy zrobiły się białe. Pamiętam, że wyszczerzyła zęby. Wyciągnęła do mamy pudełko po butach i płócienną torbę i coś szepnęła. A mama westchnęła ciężko i zabrała to wszystko do swojego pokoju. Byliśmy wtedy tak zaskoczeni, że siostra nie dostała pouczenia za późny powrót, do dziś pamiętam to uczucie zazdrości i pretensji.

Mama wróciła, a siostra dołączyła do nas – i gotowanie trwało dalej. Nie zauważyliśmy, jak minął czas…

A potem przyszedł Sylwester. Najlepszy, ostatni dzień w roku! Radio grało, ogień w kuchence trzeszczał. Bawiliśmy się i tańczyliśmy, zajadając ciastka. Nasi rodzice gruchali o czymś w kącie stołu. Wiedzieliśmy, że nie ma prezentów i nawet już nie czekaliśmy na nie. Moja mama zawsze mówiła, że Mikołaj nie mógł znaleźć naszego domu, bo mieszkaliśmy na odludziu. Wierzyliśmy w to. Życzyliśmy sobie oczywiście, żeby znalazł drogę, ale nic nie mogliśmy na to poradzić. Gdybyśmy mieli girlandy albo światełka, udekorowalibyśmy zewnętrzną stronę domu, żeby na pewno nas znalazł.

I wtedy jeden z chłopców, nie pamiętam dokładnie, może Tomek, może Krzysiek, krzyknął na cały głos:

– Jest prezent! Prezent!

I rzeczywiście, pod choinką, która została ze Świąt, leżała góra, jak nam się wtedy wydawało, drogich czekoladek i pudełko, a obok ślady Mikołaja – szyszki, kawałek białej brody, roztopiony śnieg i długi list. Jakże byliśmy wtedy szczęśliwi: Mikołaj sam znalazł nasz dom!

Zawołaliśmy siostrę, aby przeczytała nam list na głos. Szczerze mówiąc nie pamiętam co w nim było, ale poproszono mnie o otwarcie pudełka, co też uczyniłam. A w środku… był kotek. Mały żywy kotek! Pachniał mlekiem i mruczał tak słodko. Oczywiście marzyłam o tym, żeby mieć psa, ale kotek wydawał mi się wtedy o wiele lepszy niż jakikolwiek pies. Nosiłam go przy sobie przez cały wieczór i przez wiele lat później.

Moja przyjaciółka, która miała szczęście mieć psa, pomogła mi wychować kota, dzięki czemu trochę zachowywał się jak pies i gonił psy sąsiadów… Ba! Przynosił mi nawet piłkę!

Dopiero gdy dorosłam, zrozumiałam, że kot i czekoladki pod choinką to prezent od siostry dla nas, maluchów. Uświadomiłam sobie, jak ciężko pracowała, abyśmy mieli takie święto. I karmiła kota ze swojego stypendium. Od tamtej pory nie raz jej dziękowałam. I nie tylko za te święta, za wszystko co dla nas zrobiła.

A teraz przepraszam, ale prawnuk tamtego kotka co rano przynosi mi kapcie i drapie w drzwi. Muszę go nakarmić!

Oceń artykuł
TwojaCena
Ciągle wracałam myślami do mojego listu i miałam nadzieję na noworoczny cud