Chciałem mieć w domu chociaż jakieś zwierzę, żona się nie zgodziła

Pracowaliśmy kiedyś na budowie i przyplątał się mały kot, nazwaliśmy go Rudek. Był młody, rozbrykany i figlarny. Razem z kolegami zaczęliśmy go karmić, nie było z nim żadnych problemów.

Pewnego dnia, kot wdrapał się do mojego samochodu. Starałem się go odgonić, ale ciągle wchodził z powrotem i cierpliwie czekał na mnie na siedzeniu pasażera.

Uznałem, że to przeznaczenie i zabrałem go ze sobą. Nie mieliśmy wtedy z żoną własnego mieszkania, wynajmowaliśmy pokój z kuchnią.

– Cześć. Nie jestem dziś sam, czy zaakceptujesz takiego współlokatora? – Powiedziałem do Moniki, gdy tylko dotarłem do domu.

Moja niechętnie, ale zgodziła się. Wykąpałem i wyczesałem rudzielca, dobrze go nakarmiłem, położył się na kanapie i zasnął. Mruczał tak bardzo, że nawet w kuchni słychać było jego „piosenkę”.

Kilka dni później wróciłem do domu z pracy, moja żona była wściekła:

– Zobacz, co zrobił z dywanem! To już nie pierwszy raz dzisiaj!

– To tylko mały kociak, niedługo wyrośnie i nauczy się wszystkiego – próbowałem ją uspokoić.

– Zabierz go z powrotem tam, gdzie go znalazłeś. Nie będę po nim ciągle sprzątać!

– Musimy się uzbroić w cierpliwość, jeszcze tydzień i przyzwyczai się do kuwety, a dywan wypierzemy i będzie jak nowy.

– Nie chcę tego słuchać, zabierz go!

Monika dosłownie wyrzuciła nas z mieszkania. Wziąłem kota, wsiadłem do samochodu i zastanowiłem się, dokąd mam go zawieźć. Wtedy przypomniałem sobie o moim starym znajomym, który mieszka w prywatnym domu.

Zadzwoniłam do niego i opowiedziałam o zwierzaku. Początkowo się opierał, ale udało mi się go przekonać.

Po tygodniu adaptacji, Rudek już załatwiał swoje sprawy w kuwecie i zaprzyjaźnił się z kotem sąsiada. Bardzo się polubili, a nawet bawili się razem.

Po jakimś czasie rozwiodłem się z żoną, nie chciała mieć dzieci, zwierząt też nie. Ja tak nie potrafię żyć.

Oceń artykuł
TwojaCena
Chciałem mieć w domu chociaż jakieś zwierzę, żona się nie zgodziła