Ale czy ja naprawdę jestem sama? odpowiadała zawsze z uśmiechem. No coś ty, przecież ja mam ogromną rodzinę!
Zosia już od kilku lat mieszkała samotnie w niewielkim domku na skraju wsi. Zawsze, gdy ktoś coś takiego rzucał pod jej adresem, śmiać jej się chciało.
Wieśniaczki tylko się uśmiechały i przytakiwały, a za plecami Zosi kręciły głową z politowaniem dziwaczka. Rodzina? Przecież ani męża, ani dzieci, sama jak ten palec
A jednak Zosia naprawdę miała rodzinę, tylko trochę inną nazywała tak swoje zwierzęta. Kompletnie nie przejmowała się opinią sąsiadów, którzy uważali, że zwierzaka trzyma się na podwórku i tylko dla pożytku: krowę, kurę, może psa do pilnowania czy kota do myszy. A tu ona pięć kotów i cztery psy! I wszystkie, wyobraź sobie, spały razem z nią w domu, a nie gdzieś na zewnątrz w budzie. Sąsiedzi pukali się w czoło, ale wymieniać zdania z Zosią nie było sensu, bo ona tylko parsknęła śmiechem:
No coś wy, przecież im na dworze już wystarczy, w domu wszystkim nam najlepiej.
Pięć lat temu Zosia straciła w jeden dzień męża i syna. Wracali z wędkowania, kiedy ciężarówka zjechała na ich pas wprost pod maskę. Potem długo nie mogła pozbierać się do kupy, aż w końcu zaczęła unikać starego mieszkania, osiedlowych ulic i sklepiku, gdzie codziennie razem chodzili. Jeszcze te współczujące spojrzenia sąsiadów dochodziły z każdej strony.
Po pół roku sprzedała mieszkanie i z kotką Balbiną przeniosła się na wieś. Kupiła moje chatynkę na obrzeżach. Latem coś tam na grządce pieliła, a zimą zatrudniła się w stołówce w pobliskim miasteczku.
Kolejne zwierzaki lgnęły do niej z różnych miejsc raz znalazła jakiegoś kundelka głodnego pod dworcem, innym razem koty lgnęły do niej w pracy licząc na skrawek parówki.
I tak właśnie u samotnej Zosi uzbierała się cała rodzina składająca się z pokrewnych, często poobijanych przez życie duszyczek. Jej dobre serce koiło te rany, a one odwdzięczały się bezgranicznym zaufaniem i miłością.
Miłości i ciepła starczało dla wszystkich.
Jedzenia też, choć nie było łatwo. Zosia wiedziała, że nie może przygarniać kolejnych zwierzaków bez końca i co chwila obiecywała sobie: koniec już
Pewnego marcowego wieczoru po ciepłych dniach nagle przyszedł z powrotem mróz, sypnęło śniegiem, przeganiając ludzi do domów, a wiatr wył przez całą noc. Zosia spieszyła się na ostatni, siedemnasty, autobus do swojej wsi. Zanim jednak ruszyła na przystanek, skoczyła do sklepu po jedzenie dla siebie i zwierzaków, dźwigając ciężkie torby.
Obiecując sobie, że nie będzie już patrzeć w stronę żadnych nowych znajd, myślała tylko o swoich futrzastych ludziach czekających w domu i grzała się tą myślą od środka.
Ale serca nie oszukasz pięć metrów przed autobusem spojrzała pod ławkę. Leżała tam suka, cała przysypana śniegiem, oczy jak szkło. Chyba już długo tam była, wszyscy przechodzili, nikt nie patrzył.
Zosi aż ścisnęło się w środku, autobus poszedł w niepamięć. Podbiegła, rzuciła torby, wyciągnęła rękę. Suka tylko powoli zamrugała.
No i całe szczęście, że żyjesz! szepnęła. Chodź, maleńka, damy radę
Pies nie miał już nadziei, ale nie opierał się, gdy starała się ją wyciągnąć. Później Zosia już nawet nie pamiętała, jak dotarła do poczekalni z psem i torbami.
Usiadła w kącie i zaczęła pocierać wychudzone łapki, chuchając ciepłem dłoni.
No, kochanie, wracaj do życia, czeka cię nowy dom. Będziesz teraz piątym psem, dla ładniejszego rachunku mruczała do niej z czułością.
Wyjęła schabowego z torby, podała suni. Ta początkowo nie chciała, ale jak się trochę ogrzała, to już sama wyciągnęła pyszczek po jedzenie. I tak zostały razem.
Godzinę później maszerowały już poboczem, Zosia zaimprowizowała smycz z paska (autobus dawno odjechał), a sunia, którą nazwała Miśka, szła przy nodze, nie odstępując jej na krok.
Po chwili zatrzymał się samochód. Kierowca uśmiechnął się, Zosia wsiadła z Miśką na kolanach.
Niech sobie siedzi na siedzeniu, niech pani się nie męczy rzucił mężczyzna, pomagając wsadzić torby.
W sumie i tak cieplej uśmiechnęła się Zosia, przytulając drżącą Miśkę mocniej.
Przez chwilę jechali w milczeniu, patrząc, jak śnieg mknie przez światła reflektorów. On zerkał na Zosię i na przytuloną do niej Miśkę. Od razu się domyślił przygarnęła psiaka i wiezie do domu. Wyglądała na trochę zmęczoną, ale też na spokojną i szczęśliwą.
Podjechali pod jej ogrodzenie. Mężczyzna wysiadł, pomógł nieść torby, a kiedy naparł barkiem na furtkę, ta się rozpadła stare zawiasy spróchniały.
Proszę się nie przejmować, od dawna nadaje się do remontu machnęła ręką Zosia.
Z chaty rozległ się harmider: szczekanie, miauczenie, piski. Zosia wpuściła kompletną ferajnę na podwórko.
No co, przegapiliście mnie? Już jestem! Poznajcie Miśkę, mamy nową w rodzinie!
Miśka niepewnie wyjrzała zza nogi swojej wybawicielki. Pozostałe psy radośnie merdały ogonami, koty kręciły się wokół torby, którą trzymał jeszcze kierowca.
No dobra, co stoimy na zimnie, chodź pan do domu, jeśli nie przeraża pana nasza gromadka. Może napije się pan herbaty?
Mężczyzna zaniósł torby do sieni, ale pokręcił głową:
Już późno, będę leciał. A wy idźcie nakarmić swoją rodzinę, bo nie mogli się was doczekać!
Następnego dnia, koło południa, na podwórku Zosi ktoś zaczął majstrować. Wyskoczyła w kurtce i zobaczyła tego samego kierowcę wbijał nowe zawiasy do furtki, cały otoczony narzędziami.
Gdy ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko.
Dzień dobry! To ja zawaliłem wczoraj z furtką, chciałem poprawić Jestem Marek, a pani?
Zosia odparła trochę nieśmiało.
Cała zwierzyniec obwąchiwał Marka z zainteresowaniem, a on, kucając, głaskał każdego po kolei.
Zosiu, nie stój na dworze, idź się ogrzać do domu, ja zaraz kończę i chętnie wpadnę na herbatę. A w samochodzie mam jeszcze kawałek sernika i kilka szynek dla twojej ferajny.
No i powiedz, nie miałam racji, że rodzina to nie tylko ludzie? Nawet los potrafi się czasem uśmiechnąć, jak człowiek się otworzy na świat.

